piątek, 19 lipca 2013



______________________________________________________________________________


Wie, kto ratował kiedy tonącego, że ratowany ratownika dławi
i kogo przed tym w porę nie ostrzegą, ten i sam tonąc topielca nie zbawi.


RODION IVANOVICH KAZANTSEV   ►  Moskwa  ►  21 stycznia 1968
►  rodzice nieznani, córka Irina  ►  mikrobiolog (Uniwersytet Moskiewski)
►  IV  ►  pełna kontrola nad własnym ciałem + czynnik samoregeneracji
►  190 cm  ►  90 kg  ►  pokój 6
►  były główny mikrobiolog w Żelaznogorsku  ►  wdowiec
►  władca szkolnego laboratorium, którego rola nie ogranicza się do nauczania chemii


Zwykło się uważać, że ci piękni, młodzi i wysportowani mają świadomość swojego ciała. Brednie. Nie mają bowiem zielonego pojęcia o prawdziwej kontroli nad własnym organizmem i o bogactwie znanych im tylko w teorii procesów, które w nim zachodzą i które określane są bardzo ogólnie jako niezależne od woli. Świadomość własnego ciała ogranicza się więc do regulacji metabolizmu przy pomocy odpowiedniej diety i rozpisania tygodniowego planu ćwiczeń na siłowni, żeby przypadkiem żadna grupa mięśni nie została zaniedbana. Nie mają za to pojęcia o ilości ginących komórek mózgowych, o tempie produkcji erytrocytów, o wyrzutach hormonów. Rodion Kazantsev wie o swoim własnym ciele to i wiele więcej.

M U T A C J A ►
  C H A R A K T E R ►
H I S T O R I A ►


______________________________________________________________________________

Przekombinowałam jak zwykle. Jeśli ktoś ma jakieś obiekcje/uwagi w stosunku do postaci, mutacji, historii (która będzie niebawem uzupełniona), mnie, globalnego ocieplenia lub hydroszczelinowania, niech przemówi teraz lub zamilknie na wieki. A ja się witam serdecznie z całą załogą i ogłaszam, że lubię wątki, nie lubię za to zaczynać powiązań od zera. Za wizerunek robi niezawodny jak zawsze Mads Mikkelsen w towarzystwie mojego braku umiejętności graficznych (patrz: koguci grzebień z tętnic). Cytat pochodzi z wiersza 'Rechot Słowackiego'.


24 komentarze:

Porcelanowy Chochlik pisze...

[Serdecznie witam :) no i daje duży plusik za wybór wizerunku, jak i sam pomysł na postać. A w szczególności na mutację.]

Alicia W.

Irony pisze...

[Mads! I do tego jako ruski! Witam na blogu i zapraszam do powiązania/wątku z Lilyą :)]
Lilya

cisza. pisze...

[Serdecznie witam na blogu. Ciekawy pomysł na postać ;)]
Katherine

Aleksandra Krajewska pisze...

[Ja też powitam, też pochwale postać a po wątek wpadnę, jak wszystko ogarnę, no chyba, że znajdziesz pomysł wcześniej?]
Calipse

Karou pisze...

[Dzień Dobry co powiesz na wątek z moją Irys?]

Irys

cisza. pisze...

[Wącimy, tylko zastanawiam się od czego zacząć :) Może ktoś dla żartów zamknie Katherine w pracowni chemicznej na noc i Rodion znajdzie ją rano, śpiącą i opatuloną jego marynarką, którą tam zostawił? Ewentualnie Black mogłaby za karę zostać odesłana do niego, jako pomoc przy sprzątaniu laboratorium? A jak się nic nie podoba, to pomyślę dalej ;)]
Katherine

cisza. pisze...

[W porządku :) Tylko zapewne ja nie odpiszę zbyt prędko, ponieważ zniknę na jakiś czas, ale mam nadzieję, że to nie będzie problemem :)]
Katherine

Porcelanowy Chochlik pisze...

[Coś nie banalnego. Hmm...postaram się podać poniżej kilka sensownych pomysłów, jednak nie wiem czy przypadną Ci do gustu. I dziękuję za miłe słowa :)
1. Rodion może przyłapać Alę na próbie ucieczki, czyli kiedy będzie starał się pokonać przeogromne mury szkoły. Oczywiście bez większego powodzenia. Mimo to zawzięcie będzie chciała wyjść na zewnątrz, aby chociaż na chwilę oderwać się o tego "koszmaru".
2. Rodion może znaleźć Alę w jakimś dziwnym miejscu np. ławka w ogrodzie, murek na dziedzińcu, większa szafka, opuszczona sala, korytarz - cokolwiek - gdzie dziewczyna będzie odbywała jedną ze swoich nieświadomych drzemek.
3. Ala może mieć jeden z tych lepszych dni, kiedy to udziela jej się mała nadpobudliwość (oczywiście chwilowa) i przez swoje roztrzepanie może wylać na profesora swoje ukochane mleko czekoladowe. I jak to bywa u człowieka w stanie silnego pobudzenia będzie starała się pomóc czym tylko pogorszy sprawę, jak i stan ubioru Radiona.
4. Dziewczyna może go śledzić. Tak, profesor przypadkowo stałby się taką odskocznią Ali od złego samopoczucia. Chodząc za nim krok w krok Ala zapomniałaby o Bożym świecie, aż wreszcie zostałaby przez niego przyłapana czy sama zdradziłaby swoją obecność jakiś nagłym pytaniem, które po prostu musiała z siebie wyrzucić.]

Alicia W.

Porcelanowy Chochlik pisze...

[Dobrze :) W takim razie pozycja numer 1. Będę grzecznie czekała na rozpoczęcie.]

Alicia

cisza. pisze...

[Wracam we wtorek, więc nie będzie problemu ;)]
Katherine

Makita pisze...

(wątek z Sashą?)

Misza Aristow pisze...

[Hej, może wątek ? panowie powinni/mogliby chodź trochę się kojarzyć bo Aristow spędził osiem lat w Żelaznogorsku]

Karou pisze...

Kolejna noc pełna koszmarów, wróć. Kolejna bezsenna noc. Już lepiej.
Irys nie mogła dzisiaj zasnąć, znaczy mogła ale jak tylko zasypiała wybudzała się z niemym krzykiem i sprawdzała czy aby na pewno nic się nie pali. Nic się nie paliło oprócz niej. Raziła jak neon jakiś.
Nie miała więc większego wyboru i cichutko z przytłumionym blaskiem (w końcu nauczyła się to jakoś kontrolować ale udawało jej się to tylko w tedy kiedy bardzo mocno nad sobą i swoimi emocjami panowała), ruszyła przez egipskie ciemności które okalały korytarz.
Wszystko zupełnie inaczej wyglądało w nocy. Wszystko było inne niż za dnia bardziej mroczne i przerażające.
Irys skradała się do kuchni bo stwierdziła że jak się wypali albo zemdleje na środku korytarza to będzie źle.
Jeszcze będzie się musiała tłumaczyć albo wyślą ją do psychologa albo jeszcze gorzej obie te opcje naraz.
Więc kierowała się cichutko, usłyszała kroki zgasiła się szybko i ukryła się w jakiejś wnęce.
Gdy myślała że zagrożenie minęło to wyszła i zaczęła iść po ciemku i nagle bum!
Walnęła w coś.Upadła.
Czyżby ściana? Tu nie powinno być ściany.
Przekonana że to ściana zapaliła się trochę a potem zaczęła ze zdenerwowania świecić mocno i coraz jaśniej.
To nie była ściana. To był jakiś dorosły.

Irys

cośtupowinnobyć pisze...

Jeśli Gregory kogokolwiek w szkole mógł nazwać 'przyjacielem', to tą osobą był z pewnością Rodion. Mężczyzna mieszkał w pokoju obok Grega i nie raz zdarzało się, że panowie wypijali w kuchni flaszkę, debatując późną nocą o problemach współczesnego świata. To właśnie Rodion jako pierwszy zobaczył rękę Grega i to on dowiedział się kim Arenberg był w przeszłości. I to właśnie do niego przychodził Greg gdy miał jakiś problem. Tej nocy obudził się koło trzeciej, zlany potem i z pulsującym bólem w okolicy nadgarstka prawej ręki. Czuł jak dłoń pali go niesamowicie, co mogło oznaczać tylko jedno. Powoli wstał z łóżka i podszedł do wiszącego na ścianie lustra. Miał przekrwione nocy, pot spływał strużkami z jego ciała i czuł jak ręka dosłownie mu płonie. Greg przyzwyczaił się do tego, że po wytężonej pracy bądź po długim strzelaniu, nieudana ręka zaogniała się niebezpiecznie, ale wystarczyła chwila wytężonego skupianie i wszystko wracało do normy. Teraz jednak było nieco inaczej i mimo szczerych chęci, Greg nie mógł powrócić do pierwotnego stanu. Oparł się więc o chłodną ścianę, chcąc nieco obniżyć mocno podwyższoną temperaturę swojego ciała, a gdy to nie przyniosło spodziewanych efektów, wyszedł z pokoju i stanął przed drzwiami sypialni Rodiona. Przez dłuższą chwilę usiłował uspokoić przyśpieszone bicie serca, po czym oparł się o drzwi i kilkakrotnie uderzył w nie pięścią. Gdy tylko drzwi się otworzyły, Greg przechylił się w stronę Rodiona i dosłownie upadł na niego czując, że dłużej nie utrzyma się na nogach. Po chwili obydwoje znajdowali się na poziomie pokojowej podłogi, a Gregory miał dziwne wrażenie, że za kilka sekund dosłownie się rozpłynie.
- Chyba... Chyba potrzebuje pomocy.

Irony pisze...

[Wesoło, czy nie, ale na pewno będzie na niego bluzgać :D]

Lilya

Anonimowy pisze...

[ To imię kojarzy mi się z jakąś lekturą szkolną..ale kiedy ja chodziłam do szkoły :D Jeśli masz jakiś pomysł na powiązanko to zapraszam. ^^]


pozbawiona pomysłow gąbunia Cora

cośtupowinnobyć pisze...

Szok termiczny. Szoku dostała by jego matka gdyby zobaczyła go w tym momencie. Na szczęście nie mogła bo nie żyła i to był chyba pierwszy (i prawdopodobnie jedyny) moment, w którym Greg dziękował Bogu za to, ze kobiecina spoczywała bezpiecznie trzy metry pod ziemią. Oglądanie ukochanego syna w tym stanie mogłoby doprowadzić ją do zawału serca, wylewu albo paraliżu całego ciała spowodowanego nagłym stresem. Dokładnie tym samym, który przeżywał teraz Greg, chociaż ze wszystkich sił starał się ogarnąć i przestać nerwowo rozglądać wokół siebie. Śmierć w pokoju Rodiona nie była jego wymarzonym rodzajem śmierci. Zawsze mu się wydawało, że umrze jako osiemdziesięciolatek, w łóżku. Z seksowna blondynką, która będzie podawała mu trzynastą szklankę starej whisky. Taka śmierć była zdecydowanie bardziej w jego stylu, więc tak jak kazał Rodion, starał się utrzymać nerwy na wodzy. Kiedy w końcu wyrzucił z myśli własną matkę padającą na zawał serca, pomyślał o ojcu. Była to najprawdopodobniej najgłupsza rzecz jaką mógł zrobić, bo jak tylko przed oczami stanęła mu postać wiecznie sztywnego staruszka, ciśnienie skoczyło mu do trzystu, a temperatura ciała (mimo wytężonej pracy Rodiona) o kilka stopni w górę. Gdyby nie pomysł jego ojca, nie leżałby teraz na twardej podłodze i nie gotowałby się od środka. Mógłby wieść szczęśliwe życie gdzieś w północnej części Nowego Jorku, użerając się z wredną sąsiadką, której pies uciekłaby na jego widok z piskiem. Jego ręce nie zamieniałyby się w karabiny i nie musiałby wiecznie chodzić z temblakiem, żeby co wrażliwszy nie zemdlał na widok nieudanego eksperymentu. Gdyby nie jego ojciec, nie byłby dziwadłem, które w normalnych warunkach byłoby wytykane palcami, ale nie było bo mieszkało z takimi samymi dziwadłami. Greg nie imał żalu do ojca, Greg chciał udusić go własnymi rękami, albo przyłożyć mu jeden z karabinów do głowy i po prostu strzelić. Choć przez chwilę zrobiłby pożytek z tego, w co staruszek nieświadomie go wpakował. Kiedy ponownie pomyślał o ojcu, jego ciało przeszył niewyobrażalny ból. Odchylił głowę nieco do tyłu i przeklął pod nosem życząc staruszkowi najgorszych rodzajów śmierci. Nie tak powinna wyglądać. Powinni siedzieć z Rodionem i obalać kolejną butelkę wódki, dyskutując przy tym o słabej polityce Grenlandii, a zamiast tego oboje tkwili na podłodze i starali się nie dopuścić do ewentualnej śmierci Grega.
- Przypomnij mi, żebym postawił ci za to wszystko dobrą flaszkę. Dużą. Starą. Żebyś mógł ją wypić z biustu najładniejszej dziewczyny pod słońcem – mruknął gdy ból na chwile ustąpił, a on mógł zmusić się do lekkiego uśmiechu.

charles pisze...

W snach wracała jej świadomość. Zabijając człowieka nie myślała o tym, co się z nim dzieje – nie była w stanie, twórcy Gorgony bardzo dobrze się o to postarali. Wystarczyło, że poczuła pierwsze uderzenie strachu ofiary, żeby mutacja zupełnie przejęła kontrolę, a świat scalił się do smrodu paniki i mniej czy bardziej powolnego torturowania człowieka, którego czekała w końcu śmierć – śmierć, z której eksperymentalna Gorgona robiła widowisko i pożywkę dla swojej własnej potrzeby krwawej uciechy. Takie było założenie, taki był cel eksperymentu. A w snach tymczasem wracała jej Świadomość i każdy z tych epizodów przeżywała raz jeszcze, czując przerażenie ofiary, krótkotrwałą, chorą fascynację Gorgony (żywą, niespokojną jak zwierzęce podniecenie) i swoją – tą prawdziwie swoją, niemutacyjną odrazę do samej siebie, panikę, bo nie potrafiła się wyrwać i wiedziała, doskonale wiedziała, że to się powtórzy, że prędzej czy później popełni błąd, który będzie kosztował kogoś życie.
Śmiała twierdzić, że eksperyment nie był aż tak udany. Zapomniano wyłączyć wyrzuty sumienia.
Najbardziej bała się o ojca, bo była pewna, że nawet w tej kwestii nie może sobie ufać. To nic, że żyjący w niej zgorgoniały Hulk spał często ułagodzony, najedzony. Żadna klatka nie mogła go zatrzymać, czasem wystarczył drobny impuls, a brak wiary w to, że może nad nim panować był jej najgorszym wrogiem. Krzyczała przez sen – krzyczała prawie zawsze. Czterech terapeutów chciało naszpikować ją lekami, ale w terapeutów wierzyła mniej więcej tak bardzo jak w sprawiedliwość i globalne ocieplenie. Była na tyle inteligentną osobą, żeby wiedzieć, co oznacza w jej przypadku samookaleczenie, raz mniej, raz bardziej udane.
Budziła się z koszmaru o samej sobie – z koszmaru, który był tylko szczerą i pachnącą stęchlizną podświadomą kreacją prawdy – i wiedziała, że On zaraz tu będzie. Najbardziej pożądana i najmniej chciana w tym momencie osoba.
Zacisnęła mocno oczy, kuląc się w kącie między łóżkiem a ścianą – wciąż czuła ból w lewym ramieniu, na które upadła z całą siłą spadając z łóżka. Słyszała czyjeś walenie do drzwi, jakieś mnogie głosy, szum w uszach i własny jęk, bo płakać przestała już wieki temu. Spod dłoni przyciśniętych do oczu przeciekała krew i nie czuła nic więcej oprócz tej krwi, bólu oczu, twarzy, głowy, przerażenia, rozgardiaszu; nieco za dużo jak na człowieka, który budzi się w środku nocy z powodu koszmaru.
Nie wolno otwierać oczu, pomyślała, po raz pierwszy w pełni świadomie. A dalej znów: nie wolno otwierać oczu, nie wolno otwierać oczu
Szczęk klucza, to znaczy: przyszedł. Nie powinien, a przyszedł, choć to niebezpieczne i głupie, bo przecież dałaby sobie jakoś radę, jakoś by dała.
Nie, nawet mimo szczerych chęci nie potrafiła siebie do tego przekonać. Miała dwadzieścia trzy lata i była przywiązana do swojego ojca bezgranicznie, i chociaż szczerze nienawidziła siebie za te chwile, kiedy tak się dla niej narażał, wiedziała, że gdyby nie On…

cośtupowinnobyć pisze...

- Siły natury są fajne.
Greg nie miał bladego pojęcia co miał na myśli, ale wiedział doskonale, że musi coś powiedzieć, żeby choć na chwilę oderwać się od podłych myśli o swojej rodzinie, która nie należała do najbardziej udanych. Pewnie dlatego pewnego dnia obiecał sobie, że nigdy w życiu sam nie założy rodziny, bo nie chce być tak samo rozczarowującym ojcem, jakim był jego ojciec. Greg nie miał żadnych, nawet najmniejszych przyjemnych wspomnieć z dzieciństwa, więc nie miał zamiaru serwować tego samego ewentualnym własnym dzieciom. Doskonale wiedział jak smakuje rozczarowanie, więc nie chciał narażać kogokolwiek na podobne odczucia. Głównie dlatego nie zawierał głębszych przyjaźni,bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że sam bywał okropnie rozczarowujący. Nie przychodził na czas, nie było go wtedy gdy ktoś bardzo go potrzebował i z pewnością nie był z tych, którzy rzuciliby wszystko, żeby pomóc najbliższemu przyjacielowi. Greg cenił wygodę ponad wszystko, więc za żadne skargi nie zrezygnowałby z dotychczasowego życia, tylko dlatego, że zależałoby od tego szczęście innej osoby. Jego nikt nigdy nie pytał o to czy jest szczęśliwy, więc dlaczego miałby zastanawiać się nad szczęściem innych? Brak głębszych więzi z nim jest dobry, bo nie przynosi żadnych rozczarowań. Greg jest w porządku bo również nie przynosi rozczarowań. Jest z tych, od których nie wymaga się za wiele, bo wymaganie czegokolwiek przynosi za sobą nieprzyjemne zderzenie z rzeczywistością. To samo, które musiał przeżyć jego ojciec zdając sobie sprawę z tego, że wcale nie ma idealnego i niezwykle ambitnego syna. Na dobrą sprawę, Gregory dopiero teraz zaczął spełniać się we własnym życiu. Teraz, kiedy nikt nic od niego nie wymagał i kiedy nie musiał spełniać niczyich oczekiwań. Mógł prowadzić normalne życie, mógł wypić o jeden kieliszek za dużo i nikt nie patrzył na niego z politowaniem. Kto wie co powiedziałby jego ojciec, widząc jedynego syna w ramionach innego faceta. I nie ważne, że te ramiona najprawdopodobniej ratowały mu życie.
Zamknął oczy i przez dłuższą chwile uspokajał oddech. Po kilku minutach ciszy, wybuchnął głośnym śmiechem, którego nawet on nie rozumiał. W całej sytuacji nie było nic śmiesznego. Ot właśnie gotował się w środku, a jedyny przyjaciel, którego kiedykolwiek miał próbował ostudzić go własnym ciałem. Nic śmiesznego. NIC. Ale Greg postanowił właśnie umrzeć ze śmiechu, obejmując dłonią rękę Rodiona.

Szelma pisze...

[Hej, Hulky. Jak dotąd najlepsza karta jaką tu czytałam.]
Cadi

charles pisze...

Irina nie potrafiła w tej chwili stawić czoła niczemu. Czuła się żałośnie i była żałosna, słaba i chora – a każdy kolejny epizod sprawiał, że choroba postępowała, wdzierała się podstępne coraz dalej, coraz mocniej rozpychała się w jej głowie, organizmie, w każdej komórce jej ciała. Irina czuła ją, czuła własny cuchnący strach, niemoc spojrzenia w lustro, coraz powolniejsze ruchy i coraz dłuższy czas dochodzenia do siebie po kolejnej z zestawu tych niezapomnianych nocy. Nie mówiła tego Rodionowi, ale miała coraz mniej siły. Czasem nawet w ogóle jej już nie zależało. Strachy uderzały w nią ze wszystkich stron.
A później ją obejmował, chowała się pomiędzy jego ramionami i znów czuła się jak mała dziewczynka, która wie doskonale, że choćby cały świat chciał ją zniszczyć, jedna osoba zawsze będzie w jej drużynie – nawet jeśli wiadome było, że są niewielkie szanse na wygraną. Była świadoma tego, że On ma wyrzuty sumienia, że czasem sądzi, że to wszystko stało się przez niego, że był za to odpowiedzialny. Za nią. Gdyby podsumować ich osobny i wspólny stan psychiczny, zostaliby zapewne uznani za bardzo chorą grupę społeczną, element zupełnie niezgodny z żadnymi normami. Bzdura! Nic nie mogło zmienić faktu, że dla Iriny jedynym lekiem na całe zło świata wciąż i niezmiennie był Rodion, nawet jeśli było to równoznaczne ze zgodą na jego nadopiekuńczość.
- Przepraszam – wycharczała, ledwo mogąc przełykać ślinę przez doszczętnie zdarte gardło. Krew dawno przesiąkła przez jej palce i jego koszulkę, zanim drżenie wstrząsające jej ciałem uspokoiło się na tyle, by można powiedzieć o odzyskaniu przez nią jakiejkolwiek kontroli. Chociaż „kontrola” była tu słowem bardzo słabym i zupełnie niepodobnym do właściwej definicji. – Rodion…tato, przepraszam.
Nie czuła nic. Chociaż jeszcze chwilę temu wciąż trwała w koszmarnych wizjach, teraz leżała w głębi pustki i otępienia, tego stanu, który następuje po skrajnym przerażeniu jako kolejna faza godzenia się z tym, co miało miejsce. Gdyby była jakakolwiek szansa na to, że to już koniec – może poczułaby ulgę. Irina wiedziała jednak, że to nie koniec i że ulga na nic się nie zda. Nie wierzyła w magiczne tabletki na sen, w terapeutów, z którymi rozmawia się o traumach i w inne cudowne leki. Nie wierzyła w to, że kiedyś może się jej udać i opanuje Gorgonę, jej głód, nie wierzyła w oczyszczenie, które mogłoby zstąpić na nią z niebios i dać jej rozgrzeszenie, które podobno niesie tyle ulgi. Była zepsuta jak gówniana zabaweczka. Co więcej – była świadoma, że zawsze już będzie zepsuta. I coraz bardziej gorzka w swoich sądach.
Nic nie przerażało jej bardziej niż to, że sen mógłby się nie skończyć. Czasem zastanawiała się, ile jest w rozdzieraniu sobie twarzy na strzępy chęci pozbycia się Gorgony, a ile chęci zwykłego wybudzenia się z koszmaru. Twardo powtarzała następnym razem dam sobie radę, ale nigdy jeszcze się nie udało. Mogła mruczeć pod nosem nie wolno otwierać oczu, ale kiedyś w końcu musiała je otworzyć. Rodion nie mógł być przecież przy niej cały czas, nie wolno było zapętlać tej sytuacji do ciasnego kręgu. Nie był za nic odpowiedzialny i nie miał prawa do wyrzutów sumienia – powtarzała mu to nie raz. Miał prawo do własnego życia, ona miała obowiązek prób. Żałosna w tym była. Słaba.
- Przepraszam – mruknęła raz jeszcze, ale nie zdobyła się na to, żeby się od niego odsunąć. Jeszcze nie, jeszcze chwila. Sekunda. Może stanie się jakiś pieprzony cud.

charles pisze...

Wysuwała się powoli z jego ramion, niepewnie i niechętnie, bo z każdym centymetrem czuła, że oddala się od epicentrum spokoju i bezpieczeństwa absolutnego. Czasem widziała, ile siły go to kosztuje i była pewna, że nigdy nie przestanie być wdzięczna za to, jaki był. Przeszli razem nawet za dużo i mimo tego, że jego głos czasem drżał, wiedziała, że jest silny. Rodion Kazantsev był niesamowicie silny, może właśnie przez te dwadzieścia parę lat bycia rodzicem dwa w jednym, na dodatek dziecka zupełnie niedającego się zamknąć w ryzach zwyczajowego potomka trującego dupę fizjologiczno-egzystencjalnymi pierdołami. Irina usilnie chciała kopiować tę jego pewność, ale zamiast tego przedzierała się przez nią ciemna masa czarnego ‘humoru’, którego nijak nie można było nazwać motywującym.
Nie, stanowczo nie byli normalną rodziną. Irina szczerze zazdrościła tym relacjom miedzy córką a ojcem, które osadzone są na kłótniach o niedojrzałych partnerów czy plany dotyczące kolejnego semestru studiów za granicą. Im zabrano takie prozaiczne problemy, a zamiast tego wsadzono jej do oczu zabójczą broń, a do wnętrzności Rodiona – ledwo zipiące nerki. Może byli przez to bliżej siebie, a w ich bliskości było coś z maksymalizmu, ale ile sytuacji graniczących ze skrajną paniką jest w stanie przetrwać jeden człowiek w ciągu jednego życia, nawet jeśli ma do paru drugiego człowieka z drugim tak podobnym życiem?
- Weź okulary, tato – powiedziała w końcu. Czuła pulsujący ból wokół zaciśniętych spazmatycznie oczu, ale nawet na moment nie odsunęła od twarzy umazanej krwią dłoni. Poruszała się w ciemności niepewnie i ospale, a lewe, stłuczone podczas zderzenia z podłogą ramię, przyciskała do siebie z grymasem na twarzy. Choć głos się jej łamał, nie płakała, nie miała zamiaru znów opadać w przerażenie, z którego dopiero co się wyrwała - nie mogła sobie na to pozwolić. Nie było w tym nic z nagłego poczucia siły i własnej godności czy dumy, ale gorzkie stadium próby – kolejnej w kolekcji przykrych prób - pogodzenia się z tym, co po prostu się zdarzyło i czego nie można już cofnąć. Musiała czymkolwiek zapełnić otępienie, nawet czymś takim. – Nie chcę zrobić ci krzywdy.
Ciemne okulary rozstawione były wszędzie tam, gdzie się poruszała, z chorobliwą starannością o to, żeby zawsze mogła sięgnąć po zapasową parę albo wręczyć ją drugiej osobie. Głupie ciemne szkło, koniecznie nieprzeniknione, wyrywające w twarzy drugiej osoby – albo w jej własnej – czarną dziurę zapewniającą bezpieczeństwo. Pozorne bezpieczeństwo, jak śmiał wdzięcznie przypominać wredny i zabójczo skrupulatny głos w jej głowie. Bywały takie chwile – najczęściej w laboratorium, po godzinach – kiedy skupienie i spokój rozlewały się w niej od środka, i tylko w takich momentach czuła się dość silna, by móc zaryzykować spojrzeniem komuś prosto w twarz, bez obaw o Gorgonę, która w jakiejś odległej części jej umysłu węszyła za cudzym strachem, za niemocą. Wtedy Irina czuła się silna, ale były to zaledwie ułamki jej życia, które trudno podejrzewać o jakąkolwiek całość.
Wdrapała się i usiadła na łóżku, jak chory człowiek, któremu nie starcza sił na wykonanie całej czynności i musi działać powoli, stopniowo. Z tą samą drżącą niestabilnością odsunęła w końcu dłoń od twarzy, dławiąc w sobie syk bólu, przełykając go i zastępując długim oddechem, podobno uspokajającym.
- Albo…dam sobie radę. Tato, idź. Dam sobie radę.
Boże, tak bardo chciała, żeby odszedł i nie musiał znów tego wszystkiego przechodzić, a jednocześnie nie mogła wyobrazić sobie, co zrobi, jeśli on rzeczywiście teraz ją zostawi. I to miała być ta siła, którą podobno chciała w sobie wypracować. To samodzielne radzenie sobie z nią samą. W filmach zbieranie się do kupy wygląda tak gładko – w rzeczywistości stare blizny rozrywają się ze wzmożoną chęcią, ledwo uchylone oczy łzawią i palą, a mdłości nie ustępują mimo prawie szczerych chęci. Zebranie się w całość zajmuje całe wieki, nie minuty antenowe.

Aleksandra Krajewska pisze...

[ Tojedyny pomysł mam, to taki że Calipse zgubi się w szkole i zajdzie gdzieś nie daleko jego Laboratorium i może nie wiem w coś się zaplątać, lub coś zepsuć, chyba, że pan Rodion chciałby ją do badań?]

M. Aristow pisze...

[no dobra wróciłam i patrząc na twoją odpowiedź to no racja kłopot jest w tym że od 10 lat go nie bylo w ojczyźnie.
Można jednak zrobić tak że Rodion pamięta może jak przez mgłę dzieciaka Andrieja Aristowa, może gdzieś natrafił kiedyś tam na jakieś zapiski Andrieja który już planował wtedy zrobić z Miszy eksperyment, a dopiero dwa lata później wprowadził plan w życie. Można zrobić że Rodion zwinął te zapiski, a teraz gdy zobaczy Miszę to przypomni sobie o tym i będzie ciekaw czy naprawdę zrobiono z niego broń bez emocji.
Spotkanie pierwsze może być na lekcji, np w czasie zajęć coś się wydarzy i ogień który zazwyczaj chłopak kontroluje teraz ocknie się sam. Misza ucieknie z sali, ale później zostanie znaleziony przez nauczyciela i zacznie się rozmowa...co ty na to? wiem że moglo wyjśc chaotycznie]