środa, 31 lipca 2013

Snuj marzenia tak, jakbyś miał żyć wiecznie; żyj tak, jakbyś miał umrzeć dziś

Felix Lerman
| urodzony 18 Sierpnia 1985r w Neuschwanstein  | eksperyment zrozpaczonego ojca | przeżył w Niemczech 26 lat | fotograficzna pamięć | pali tylko Chesterfield'y | uczy historii | ma troje rodzeństwa | skończył tylko jeden rok studiów | tworzy iluzoryczne obrazy | mieszka w pokoju numer 15 | uwielbia koty i filmy Quentin'a Tarantino | kolekcjonuje białe kruki | sporadyczne farba z nosa |
___________________________________________________________________________
   Samotne godziny w bajkowym zamku spędzał na zastanawianiu się kim zostanie w przyszłości. Pochłaniając niezliczone ilości książek myślał o tym, że Niemcy to okropny kraj. Zsyłał wizje ludziom, którzy przy eksperymentach umierali. Nigdy by się do tego nie przyznał. Przecież ma twarz podobną do najważniejszego profesora w Neuschwanstein. W pokoju socjalnym zwanym Bestią. Ale Felix nigdy w nim nie był. Tylko słyszał na korytarzach.

    Nic nie pamiętał. Oprócz kilki chwil. Parę zastrzyków, kilka operacji, setki szwów. Chcieli wyciąć mu powieki, ale ktoś protestował. Chcieli go zabić, ale też ktoś protestował. Jeden z głównych profesorów od inżynierii genetycznej. Hans Szulc. Felix był dla niego ważny z jednego prostego powodu: Szulc stworzył go z części DNA swojego zmarłego syna. Żałosny, prawda? Bawił się w Boga. Chciał nowego syna, idealnego, dlatego wszczepił mu coś odpowiedzialne za pamięć ejedyczną i coś nowego, nieprzetestowanego.

    Krótko przed wejściem do transportera, który miał jechać do Berlina po nowych ludzi, ostatni raz widział się z przyszywanym rodzeństwem. Oddał im zabawki z ich wspólnego dzieciństwa. Ostatnie 10 lat spędziły ukryte w kartonie. Chyba myśleli, że chce się zabić. Idioci. 

    O instytucie dowiedział się od dziewczyny w klubie. Poszedł wtedy oblać wyniki z pierwszego roku. Historia... Pseudo ojciec dałby mu a to w twarz. Poprzedni syn chciał zostać biologiem. A ta dziewczyna? Hmm wystarczyło, że go dotknęła i Felix był cały jej. Rankiem dowiedział się, że ona wybiera się do Recifle, bo ma dar odziedziczony po babce. Domyślał się o co chodzi, dlatego pokazał jej co sam mógł zrobić. Szybko się rozłączyli, gdy w akcje wkroczył jej ojciec, były policjant, schizofrenik z pozwoleniem na broń. Pochowali ją koło babki, w rodzinnym grobowcu.

    Całe życie wymagali od niego bycia kimś, kim nie jest. Solidnym uczniem, oparciem dla rodziny i pomocą dla ojca. Ze względu na pamięć udawało mu się jedynie to pierwsze. Nauczyciele zawsze go chwalili, gdy recytował bez zająknięcia daty najważniejszych bitw operacji Barbarossa. A on zabawiał się pluciem kulek z długopisu w profesorskie plecy, zwalając na kogoś innego. Zawsze uciekał od odpowiedzialności. Nie jest osobą, na której można polegać jednak zawsze traktuje swoich uczniów sprawiedliwie. Kocha zmiany. Na jego lekcjach nie uświadczysz pisania notatek. Wszystko traktuje jak coś ulotnego. Papier przede wszystkim.

    Gdy ma na to ochotę może włożyć ci do głowy wizję raju z nago biegającymi ludźmi, soczystymi owocami i cichymi szeptami, przyjemnie, prawda? Z drugiej strony wizja przypalanych kończyn czy wody w płucach nie jest już taka ciekawa. Szczególnie z wszystkimi detalami jak zapach, smak czy wszechobecny ból.
___________________________________________________________________________

|Cześć i czołem witam się razem z Felixem.
Karta będzie wiecznie poprawiana i dopracowywana.
 Kosmetyczne poprawki 05.08.2013r. Mordka to Joseph Morgan.
Cytat u góry to James Dean. Na wątki zawsze chętny|

wtorek, 30 lipca 2013

Sad teen with a happy face.

Neal Anton Schawalie
    |Niewidzialność | 19.02.1997 | Zmiana w dowolną osobę| 
| Pokój 9a, poszukuje współlokatora |


Kim tak naprawdę jesteś?
Na pewno nie imieniem,
wagą czy wzrostem,
ani płcią,
nie jesteś wiekiem,
i nie jesteś też tym skąd pochodzisz,

Jesteś swoimi ulubionymi książkami,
kreskówkami, które oglądasz niedzielnego poranka,
muzyką, której słuchasz kiedy wychodzisz na spacer,
jesteś swoimi myślami,
marzeniami, które utknęły w twojej głowie,

Jesteś tysiącem różnych rzeczy,
ale inni widzą tylko
milion rzeczy, którymi nie jesteś.

Nie jesteś tym skąd pochodzisz,
tylko tym dokąd zmierzasz.

   Zrozum. Poznaj. 

 ***

Witam się ładnie i zapraszam do wątków. J
Zdecydowanie wolimy zaczynać aniżeli dawać pomysły.
Karta ogólnie jest be, więc będzie modyfikowana. :>


poniedziałek, 29 lipca 2013

Wszystko co nieznane, budzi wątpliowości





Nazywam się Lalima Martinez i mam skończone 18 lat. 
Jestem mutantem II stopnia. 
Jestem uczennicą, która mieszka w pokoju 8a. 

Jaką mam moc? Jestem telepatką. Słyszę myśli ludzi jak i zwierząt. Pewnie myślicie ' ale czad! ', ale to utrapienie. Kiedy jestem w tłumie i nie potrafię nad tym wszystkim zapanować, potwornie boli mnie głowa. Po jakimś czasie nauczyłam się wyłączać to wszystko. Jednak bywało, że traciłam nad tym kontrolę i często tracę. Jednak to nic z tym co jeszcze umiem. Mogę zawładnąć Twoimi myślami, czyli zmusić Cię do wszystkiego, o czym tylko zamarzę. To wymaga cholernego skupienia, co wywołuję migrenę, nudności, a czasami nawet omdlenia.  Siłą woli mogę przenosić różne przedmioty. Niestety jestem początkującą i to jest dla mnie wyższa szkoła jazdy. Dlaczego? Nic mi nie wychodzi i nie radzę z tym  sobie. 



Pochodzę z Hiszpanii, a dokładniej z Sorii. Moi rodzice obdarzyli mnie gorącą miłością do czasu kiedy stałam się mutantem. Stwierdzili, że nie jestem ich córką i mam się wynosić. 
No i tak też zrobiłam. 
Od tamtego czasu uczyłam się sztuk walki, by nie polegać tylko na mocy. 
Pewnie zapytacie mnie, jak stałam się bestią, jak to rodzice mnie nazwali. Niestety nie potrafię wam na to odpowiedzieć, ponieważ sama tego nie wiem. Jakby wymazano mi to zdarzenie z pamięci. To jest na prawdę koszmarne uczucie. 




Jestem towarzyską osobą, ale na początku mogę wydawać się oschła i wredna. 
Pierw robię, potem myślę. Jestem odważna i pewna siebie, nie przejmuję się złośliwościami na mój temat. Lubię się dobrze bawić czerpać z życie tyle, ile się da. Jeśli chodzi o związki to nie bawię się w księżniczkę, która czeka aż wybawca ją uratuję. Sama potrafię to zrobić. Lubię poflirtować z chłopakami, ale nie wskakuję im od razu do łóżka. 
Twardo bronie swoich racji i nie dam sobą manipulować. Jeśli ktoś zaszkodzi moim przyjaciołom - ja zaszkodzę mu.  

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zdjęć użyczyła Emily Ratajkowski 

Witam wszystkich cieplutko! 
Ja i moja bohaterka nie możemy 
doczekać się wspólnej
 pracy oraz wątków.
 Jestem otwarta na wszelakie
 propozycje jeśli chodzi o powiązania itd. ;)

akt. 29.07.2013r. 

niedziela, 28 lipca 2013

"In this white wave I am sinking, in this silence In this white wave, in this silence, I believe "



Na pierwszy plan wysuwa się droga- długa, prosta, zafalowana żarem płynącym wprost z nieba. I wokół cisza, niezmącona niczym. Daleko od miast, ulic i dziennych spraw. Później pojawia się plamka, niemal niewidoczna sylwetka samotnego wędrowca. Z minuty na minutę stara się wyraźniejsza, aż w końcu widok na pustkowia zakłóca on. W skórzanej kurtce, wytartych dżinsach i papierosem w ustach zupełnie nie pasował do środka drogi stanowej 66.

To była droga jego życia. Pierwsze miejsce, które pamiętał. Trzy lata temu obudził się właśnie w tym miejscu i wracał tu dokładnie co rok, świętować „swoje urodziny”. Szósty czerwca. Kolejny szósty czerwca.
Trzy lata temu urodził się Dante Gemini. Imię z kalendarza i nazwisko ze znaku zodiaku i on- człowiek bez wspomnień, bez przeszłości. Jedynymi znakami dni minionych były tatuaż „A431/09”, znajdujący się na lewym barku i kilka białych blizn na dłoniach.

Był białą kartą. Mógł stać się kim tylko chciał.

Życie nie było proste. Nie, kiedy przy każdym dotyku żywej materii pobiera się jej wspomnienia, emocje czy inne takie. Poznanie kogoś fajnego, a później, przy pocałunku, dowiedzenie się, że facet lubuje się w zadawaniu bólu innym nie jest czymś, co Dante traktuje z przymrużeniem oka. Bo Dan nie lubi bólu. To chyba jedyne co pamięta z całego swojego życia.

Ach, no i tak. Życie też nie jest zbyt łatwe, kiedy jest się gejem. Otwartym, dość bezpośrednim gejem. Takim, który jeśli jeszcze raz usłyszy, że ma ciało smukłe niczym kobieta, po raz pierwszy użyje swoich zdolności przeciwko człowiekowi. Wyssie energię z czegokolwiek i porazi idiotę. Bo i to potrafi- albo i więcej, bo na temat swoich mocy wie niewiele i prawdę mówiąc ta wiedza mu wystarcza.
Powracając do szóstego czerwca, stojąc wciąż na stanowej drodze numer sześćdziesiąt sześć , Dante gniecie w dłoni skrawek papieru, który znalazł w kieszeni te trzy lata temu. Tekst na nim zna na pamięć, choć nigdy nie zastosował się do zawartej w nim rady.

„Znajdź zamek Recifle. Jest bezpieczny.”

Nie szukał. Nie widział powodu by dać się zamknąć, po tym co go spotkało ( a czego nie pamiętał, ale to pominiemy), nie chciał nawet myśleć, czy słyszeć o tym, że jest ktoś inny- taki jak on. Dotychczas spotkał kilku i te wspomnienia nie należały do najmilszych. Jednak teraz… Nieważne.

Szczerze mówiąc miał dość nowych miast, nowych, nieznanych ludzi, kolejnych wynajmowanych mieszkań i szefów z ogromnymi wymaganiami. Chciał…wolności. Czegoś stabilnego, zupełnie innego, niż całe te trzy lata na walizkach.

Tak też znalazł się w tym właśnie miejscu. Zapytany jakim rodzajem mutanta jest, odpowiedział, że nie ma pojęcia, że nie pamięta, więc w formularzu wpisano mu rzymską cyfrę cztery. Został opatrzony nalepką eksperymentu naukowego, choć nie miał pojęcia co się działo przez te prawdopodobnie piętnaście zapomnianych lat jego życia. Ponoć ten przeklęty tatuaż miał być na to dowodem, ale kto wie? Może uciekł z domu i w okresie młodzieńczego buntu popełnił te głupstwo? Może był taki od urodzenia, a amnezja była wynikiem zmieszaniem narkotyków i Bóg wie czego jeszcze? Może – kto wie?






Dante Gemini
Prawdopodobnie lat osiemnaście
Zajmuje pokój numer 4 we wschodnim skrzydle

Ponoć jest miły i sympatyczny, kiedy tylko zdążysz go poznać. Ale nie zdążysz. Lubi znikać, gdy już ktoś otworzy do niego usta. Wiecznie przeżuwa gumę, bo choć nałogowo pali, nie lubi świadomości, że ktokolwiek może wyczuć dym, gdy już zdecyduje się z kimś porozmawiać. Wszędzie pozostawia po sobie kolorowe papierki z napisem Orbit czy Wirgleys. Wydaje się mieć małą obsesję na temat książek fantastycznych, tak też wiecznie przesiaduje w bibliotece, czy też podkrada coraz to nowe woluminy do „własnego pokoju”.
Zamek, póki co, nie jest jego domem. Jest kolejnym nowym miejscem z nowymi ludźmi i poniekąd nowym szefem.
I ciągle ma przy sobie tę kartkę.
„Jest bezpieczny.”


Aktualizacja: 28.07. '13 r.

***
Ja wiem, że karta jest nijaka, trochę chaotyczna i obiecuję, że kiedyś ją poprawię, ale, póki co, jest jaka jest. Wraz z Dante się ładnie witamy, uśmiechamy nawet i ogólnie rzecz biorąc zapraszamy do współpracy. Mam nadzieję, że owocnej ^.^
Buźka znaleziona jakiś czas temu, grzała sobie miejsce na komputerku, tak więc nie wiem kto jest autorem. Gdzieś tam w deviantarcie zapewne ma swój domek.
Lubimy wątki dłuższe (serio, potrafię się rozpisać jak mam na co :) ), sensowne i takie tam, ale szczerze mówiąc mamy mały problem z zaczynaniem. Ja mam zawsze chaos w głowie, a Dante jest raczej... mrukliwy.
Tak czy siak... Zapraszam!

sobota, 27 lipca 2013

All monsters are human.

      Kto by pomyślał, że niektóre, nawet strasznie błahe rzeczy, potrafią nas zmienić. Potrafią wyssać z nas całą radość życia i usilnie wepchać w nas myśli o tym, że lepiej byłoby pożegnać się ze wszystkim. Głównie to wina ludzi, lub tych, którzy ich udają. W dzisiejszych czasach nikt nie jest miły od tak. Albo czegoś oczekuje w zamian, albo wypatruje tylko dobrej chwili, aby wbić ci przysłowiowy nóż w plecy. Wszyscy, którzy uważają się za normalnych - nie są normalni.
      Dzień pięćdziesiąty siódmy od ostatniego spotkania Charlesa z ojcem na francuskim lotnisku. Później wszystko się urwało. I jego pamięć, i kontakt z kimkolwiek. Tak więc od tamtego czasu chłopak skrupulatnie wyskrobywał małe kreseczki na ścianie za łóżkiem, używając swojego plastikowego noża. Każda z nich miała oznaczać pojedynczy dzień przebywania w tym małym, japońskim piekle. Przecież w każdej chwili mógł doszczętnie stracić swoją podświadomość, wiec przezorny zawsze ubezpieczony, prawda? Nauczył się, że codziennie o szóstej zero pięć dostają jakąś żółtą papkę, dwunasta zero zero to kolejna, tym razem brązowa papka, a o dziewiętnastej dziesięć wręcza się im kromkę suchego chleba razem ze szklanką wody. Tak o nich dbali. Określenie "dbać" nijak pasuje do warunków tutaj panujących, jednak w pewnym sensie określa to, co się dzieje. Ktoś kiedyś nawet szeptał, że w Rosji to jest dużo gorzej. Nie dają im nawet tych cholernych papek do jedzenia, tylko faszerują hormonami i kroplówkami skradzionymi ze szpitala, więc Charles skrycie się pocieszał, iż nie jest aż tak źle. Pomijając oczywiście to, że im też wstrzykiwano jakieś obce geny, substancje, cząstki DNA innych osób, co do przyjemnych rzeczy nie należało oczywiście. Każdy z tutaj obecnych posiadał zegar biologiczny, który został tak sprytnie zmodyfikowany, że wszystkie mutanty wstawały o godzinie piątej trzydzieści i za żadne skarby świata nie potrafiły już zasnąć. Tak też było tego pięćdziesiątego siódmego dnia. Charles wstał, jak posłuszne ciele i bezradnie wpatrywał się w szarą ścianę. Po kilku minutach ocknął się, potrząsając głową. Wyciągnął swój plastikowy nóż z wnęki w cienkim, wojskowym materacu, a następnie odsunął łóżko najciszej, jak tylko potrafił i zaczął skrobać następną, jedno centymetrową kreseczkę, obok pięćdziesięciu sześciu pozostałych. Pojedyncze krople potu zlewały się po jego czole, irytując go jeszcze bardziej, niż powinny. Przysunął metalowy stelaż do ściany tuż po zakończeniu codziennego "rytuału" i westchnął tak głośno, że jeden ze strażników zapytał go angielsku, czy wszystko w porządku. Nie możliwe! To ich coś w ogóle obchodzi? No pewnie, że tak. Jeśli chodzi o kogoś, kto może być twoim kluczem do sukcesu lub zguby - lizaliby ci nawet stopy, ot co! 
- Czuję się wręcz idealnie! Jestem gotowy na nowe tortury! - krzyknął ironicznie, wbijając szatański wzrok w metalowe drzwi, które po kilku sekundach drgnęły wraz z wielkim hukiem. Ktoś tutaj chyba ma żelazne buty i słabe nerwy. Żeby tak od razu drzwi traktować? Co to za strażnicy? Japończycy są chyba początkujący w tych dziedzinach...
      Coś w jego głowie dało mu do zrozumienia, że przyszła pora na śniadaniową papkę. Nie mylił się. Na korytarzu rozległy się głośne kroki i odgłosy rzucanych, metalowych misek. Wszystko odbywało się w tempie ekspresowym, byleby tylko nie tracić cennego czasu na takie stworki, w które powoli się przeistaczali. Francuz specjalnie odsunął się pod najdalej położoną ścianę i czekał, kiedy miska wleci do jego pseudo-pokoju. Drzwi się uchyliły, jednak zamiast miski wleciało tam kilku strażników, łapiących Charlesa za długie nogi i ręce. Ten zaczął się miotać jak oszalały, jednak gdy poczuł pieczenie w okolicy brzucha - zasnął. Dostał tak silny zastrzyk, że obudził się dopiero po kilku godzinach. Nie miał zielonego pojęcia gdzie się znajduje. Jakieś laboratorium, bardzo ponure miejsce. Pełno zniszczonych regałów z papierami, książkami i częściami ciała w słoikach. Jednak większość miejsca zajmowały probówki o różnych kolorach, które miały naklejone etykietki z japońskimi znaczkami. Cholera by go trafiła. Że też we Francji nie postanowił chodzić na lekcje Japońskiego! Charles biedny leżał pod ogromną lampą, której chirurdzy używają podczas operacji. Ale tych normalnych, nie popieprzonych, japońskich przeszczepów siedmiu rąk zamiast dwóch. I to go najbardziej martwiło. Bał się, że przez te dwa zdana, które palnął niepotrzebnie, skończy jako kolejny dziwoląg do japońskiej kolekcji.
- Widzę, że nasz francuski piesek znowu daje się we znaki. Nie ładnie, kolego. - do pomieszczenia wszedł mężczyzna po czterdziestce, ubrany w biały kitel. Co chwila cmokał z dezaprobatą, przyglądając się sinemu szesnastolatkowi. Na dłoniach miał gumowe rękawiczki, które albo były upaprane w czerwonej farbie, albo wrócił z masowej egzekucji tak samo nieposłusznych ludzi, jak on.
- Wy nie jesteście ludźmi! Jesteście jakimiś popieprzonymi potworami! POTWORAMI!!! - chłopak wrzasnął, próbując się wyrwać z ucisku wszystkich opasek na rękach i nogach. Bezskutecznie. Mężczyzna zaśmiał się donośnie, przybliżając się o Francuza. Nachylił swoją siwiejącą głowę tak, że jego usta i ucho Charlesa dzielił centymetr odległości.
- Wszystkimi potworami są ludzie, kochany. - szepnął, po czym zamaszystym ruchem plasnął go w policzek i zaśmiał się ponownie. Mężczyzna złapał za ogromną strzykawkę i kilka razy stuknął w nią palcami, rżąc szyderczo. Czyli to by było na tyle, tak? Uśmiechnij się Charles, nikt nie lubi smutnych trupów.

Pomysł sobie zaczerpnęłam z AHS, tak troszkę.
Czytać, nie czytać - jak wolicie.
Jest okropnie, wiem.

part 2, całe szczęście ostatni.




Droga na lotnisko nie była już taka łatwa. Cora stresowała się całą podróżą, a do tego martwiła się, że zostawiając Charliego popełnia jeden z największych możliwych błędów.  A przez jej stan emocjonalny i dotknięcie jej francuzika ukazała się u Cory jego zdolność co już wcale takie fajne nie było. Niebo przykryły ciemne chmury, zaczęło grzmieć. Starała się uspokoić według zaleceń Grega, ale wcale jej to nie szło.
- Cholera Cora ogarnij się! Jak Ty chcesz lecieć samolotem do tego pieprzonego Berlina jak nam tu zaraz rozpętasz armagedon? - zapytał jej przyjaciel.
W sumie to miał on naprawdę sporą rację i nasza panna Bright próbowała robić wszystko aby się uspokoić. Nuciła sobie jakieś spokojne piosenki, myślała o zielonym kolorze bo ponoć on uspokaja a nawet wyobrażała sobie te głupie dźwięki wody czy innych gówien, które też ponoć mają takie działanie. Ale chyba najbardziej działającą metodą było to co zrobiła teraz czyli po prostu walnęła sobie w twarz. Odetchnęła lekko z ulgą ale udało się. Miała nadzieję, że nie odwołają jej lotu. W końcu dojechali. To była pora aby wysiąść z tego cholernego samochodu i ruszyć na podbój Berlina. Spojrzała na swojego starszego przyjaciela i uśmiechnęła się lekko.
- Dzięki, dobry z Ciebie przyjaciel. Ale pamiętaj...nikomu ani słowa.
Mężczyzna na potwierdzenie jej słów kiwnął lekko głową. Panna Bright wysiadła z auta i wzięła swoją torbę. Pomachała mu jeszcze by potem pójść w kierunku wielkiego budynku. Podeszła do kasy i zamówiła bilet. Musiała czekać dwie godziny na samolot. Trudno...czego nie robi się dla pozbycia się swojej zdolności, prawda? Czekając zdążyła zrobić wiele rzeczy. Przeczytać kilka broszurek, przejść z pięć razy cały hol, a nawet czytać tabliczki co robić wrazie zamachu terrorystycznego. Na pewno gdy coś takiego ma miejsce ludzie mają czas by to czytać. Usłyszała komunikat, że należy kierować się na odprawę przed lotem. Ta przeszła szybko i sprawnie. Wędrując ze swoim biletem zajęła miejsce w samolocie, wzięła głęboki oddech i przygotowała się psychicznie na lot, który wcale nie będzie taki krótki.
Nie wiedziała czy dobrze robi lecąc tam. Po prostu chciała w końcu móc żyć normalnie, chciała kogoś dotknąć nie sprawiając mu niebezpieczeństwa, w sumie sobie samej również. I nie, nie chodziło tu głównie o Charliego. Ostatnio jak biegała w lesie i dotknęła przez przypadek jakiegoś faceta jakieś dwie minuty później była wielkim tygrysem. Uciążliwa zdolność, którą trzeba ograniczyć bo inaczej rozsadzi ją od środka.
Jej rozmyślanie przerwał głos, który oznajmiał, że zaraz przystąpią do lądowania. Westchnęła cicho i kiedy wszyscy zaczęli wstawać ze swoich miejsc zrobiła to samo. Od razu uderzyła ją inna temperatura otoczenia, cholera jak tu było zimno. No nieważne, trzeba iść po swoją torbę. Kiedy już ją wzięła wyszła przed lotnisko. Stało tam wiele taksówek ale dopiero po dwudziestu minutach szukania znalazła kogoś kto mówił po angielsku. Cholerni Niemcy, tylko po swoim języku by gadali. Przekazała mężczyźnie adres i ruszyli. Czuła jak ze zmęczenia zaczynają jej się przymykać oczy ale nie czas na sen Cora. Musisz go znaleźć zanim Ci ucieknie bo znając Twoje szczęście zapewne to zrobi.
Gdy już byli na miejscu zapłaciła mężczyźnie. Trochę sporo jak na zwykłą podwózkę taksówką, no ale trudno. Zatrzymali się przed jakimś blokiem. Poprawiła swoją torbę podróżną i spojrzała na budynek. Wzięła głębszy oddech i ruszyła do drzwi określonej klatki. Mieszkanie numer dziewięć... Nasza panna Bright ruszyła po schodach a kiedy dotarła do celu zaczęła mocno pukać. Mężczyzna, który jej otworzył tak wywalił oczy, że mało mu nie wyskoczyły z orbit. A więc poznał ją. Próbował szybko je zatrzasnąć, ale nie z Corą takie numery. Za pomocą jedną z miliarda swoich zdolności pchnęła drzwi tak, że mężczyzna wylądował na ziemi. Weszła do mieszkania i zamknęła za sobą. Widziała jego przerażony wzrok. Czy ona wyglądała na jakąś psychopatkę?
- Nie przyjechałam Cię tu zabijać...potrzebuję pomocy.
Mężczyzna zdziwiony jej słowami podniósł się z podłogi i zaprosił ją do salonu. Usiadła na jednym ze starych foteli a on poszedł do kuchni zrobić herbatę. Znając przebiegłość tych cholernych naukowców wolała tego nie pić. Cholerni mózgowcy, przebiegłe bestie z nich.
- To co Cię do mnie sprowadza? - spytał w  końcu i usiadł na drugim fotelu naprzeciwko niej. Na stole położył dwa kubki jednakże Cora odsunęła swój od siebie.
- Moja zdolność a co. Wiem, że to Ty bawiłeś się w Boga i teraz chcę abyś to odwrócił. Może to sobie być ale nie chce łapać wszystkiego co spotkam, chcę to..ograniczyć.
Mężczyzna przetarł skroń i zaczął gadać, że już się tym nie zajmuje i inne bzdety. Ale panny Bright to nie obchodziło. Spojrzała na Niego swoimi ciemnymi oczyma i najzwyczajniej w życiu mu zagroziła.
- Albo znajdziesz sposób albo sprawię, że to miasto a Ty wraz z nim wybuchniecie jak fajerwerki na sylwestra, zrozumiano?
Jak widać taka groźba zadziałała bo nasz doktorek pobiegł do telefonu I od razu zaczął dzownić po jakiś ludziach. Oczywiście Cora bacznie przysłuchiwała się jego słowom by nie było żadnym niespodzianek. Facet nie miał zamiaru kombinować, zdał sobie sprawę z tego, że ta dziewczyna nie jest już tą samą niewinną dziesięcolatką, która nigdy nie zapłakała przy nich mimo, że sprawiali jej wielki ból różnymi badaniami. Facet, który ponoć się tym nie zajmuje załatwił wszystko w ciągu dwudziestu minut. Rzeczywiście na pewno już się w to nie bawi, frajer. Cora biorąc swoją torbę ruszyła z nim na dół I wsiedli do samochodu. Ruszyli I jechali ponad godzinę. Zatrzymali się przed budynkiem, który wyglądał jak szkoła. Jak się okazało był to ponoć ośrodek to prowadzenia badań nad modyfikacją genów roślin, taaaa...jasne. Gdy weszli skierowali się do windy I zjechali aż dwa piętra niżej. Okazało się, że nadal bawią się w te eksperymenty na ludziach. Za szybą widziała jednego człowieka, który wyglądał jak człowiek cybor, a jakaś cała dziewczyna wręcz płonęła. Poczuła znajomy dreszcz, który mówił, że powinna stąd uciekać. Wszystkie wspomnienia bolesnych badań wróciły do niej.
Weszli do jakieś sali, która wyglądała jak ta zwykła u lekarza. Było tam dwóch lekarzy I nawet kozetka. No chyba sobie jaja robią, co to kurde jest, jakaś przychodnia? Doktor Hills zaprosił ją do środka, tak to ten doktor, któremu wpadła do mieszkania. Weszła ale nie za chętnie. Dwóch lekarzy od razu na nią spojrzeli, czuła się jak jakaś ich nowa zabawka albo piesek, który będzie atrakcja dzisiejszego dnia.
- Zapewne panna Bright. Usiądź sobie. Zaraz pobierzemy od ciebie próbkę I postaramy się ustalić ile zdolności masz. Spróbujemy pobrać prototypowy gen Twojej zdolności I sformułować z niej albo szczepionkę albo lek, który pomoże Ci to ograniczyć.
Słysząc te słowa Cora po prostu usiadła na tej kozetce I rzuciła swoją torbę pod nią. Podszedł do niej drugi lekarz z dziwną strzykawką I kilkoma innymi rzeczami. Kazał jej zamknąć oczy bo ponoć wygląda to gorzej niż boli. Cóż zrobiła to. Poczuła lekkie szczypanie ale zacisnęła mocno zęby I jakoś wytrzymała. Wyniki mają być najwcześniej jutro, potem zabiorą się za wyrabianie antidotum. Dlatego też kiedy skończyli po prostu wyszła. Umówiła się z Hillsem, że spotkają się jutro o godzinie trzynastej pod głownym dworcem. Teraz był czas na znalezienie jakiegoś pokoju na wynajęcie, całe szczęście jej się to udało. Wzięła coś najtańszego, nieważne, że według właściciela jedynym minusem był brak okna. Czuła się jak w jakieś klitce pod schodami, ale to tylko tymczasowe. Dopóki nie poradzi sobie z tą zdolnością.
Szybko poszła spać, była cholernie zmęczona podróżą. Na następny dzień tak jak się umówiła była o godzinie trzynastej pod dworcem. Lekarz podjechał po nią I pojechali do tego całego ośrodka. Zjechali na dół windą. Od razu poszli do tej samej sali co wcześniej. Lekarze na nich czekali a na biurku leżał jakiś plik kartek. Kazali im usiąść więc to zrobili. Cora była ciekwa, oczekiwała jakieś wiadomości.
-Twoja zdolność jest naprawdę ciekawa. - zaczął jeden lekarz siadając przy swoim biurku. Wziął wczesniej ze sobą swoje kartki I zerknął na nich. - Doktorze odbębił pan nadpawdę kawał dobrej roboty. Kto by pomyślał aby stworzyć zdolność, która będzie do swojego kodu DNA przyłączać inne zdolności. - odparł niemalże zauroczony a dla Cory było to trochę dziwne. Była człowiekiem a nie jakąś cholerną roślinką.
-Ogólnie obecnie posiadasz aż osiemdziesiąt trzy zdolności. - dodał drugi lekarz a kobieta zrobiła wielkie oczy. Ile co cholery? - To niezwykłe, ale zdajemy sobie sprawę, że to uciążliwe. Niedługo może się stać tak, że Twoja zdolność zacznie zabijać Twoje DNA I pozostawiać tylko swoje. Całe szczęście, że przyszłaś do nas. Niedługo mogłoby być za późno. Od dzisiaj zaczęły się prace nad antidotum w naszym laboratorium. Za dwa dni spróbujemy pierwszej kuracji a teraz zapraszamy Cię na jeszcze kilka badań, które nam w tym pomogą. Poszukamy też w naszych aktach trochę o podobnych zdolnościach, może znajdziemy jakiś pomysł.
To co działo się w koljenych dniach było po prostu koszmarem, o którym Cora nigdy nie będzie chciała rozmawiać. Znów to samo co kilka lat temu. Seria badań, bólu I głupich testów niczym na króliku. Próbowali dosłownie wszystkiego. Dopiero po dwóch tygodniach udało im się zresetować wszystkie jej zdolności dodatkowe. Była czysta. Potem za pomocą innych mutantów uczono ją jak przyjmować zdolności a jak nie. To była chyba najtrudniejsza rzecz na świecie. Kończyła się krwotokami z nosa, uszu a nawet oczu! Czasem miała ochotę się już poddać, ale nie mogła..robiła to dla Charliego, po to by już nigdy się przy niej nie bał, że może ją dotknąć. Ale po tygodniu już się dowiedziała jak to zrobić. Złapała zdolność od jednego z mutantów, która polegała na wymazywaniu innym zdolności. Ale jak to działało na niej samej? Gdyby przez przypadek złapała jakąś zdolność to od razu będzie wiedziała co to. Jeśli będzie chciała się jej pozbyć będzie musiała wykonać nacięcie na swojej skórze I myśleć o tym czego chce się pozbyć. Spróbowała to zrobić. Może to wam się wydać obrzydliwe ale gdy to robi z rany wylewa się czarna maź, którą należy od razu spalić. Bo nie daj boże jeszcze ktos tego dotknie.
Ostatni tydzień był szkoleniem. Musiała nauczyć się nad tym wszystkim panować. I pamiętać o tym by zawsze nosić przy sobie scyzoryk. Przez przypadek dotknęła ostatnio faceta, ktory miał zdolność polegającą na tym, że zabiera energię życiową z ludzi. Nie chciała tego, dlaczego w ogóle wiedziała, że to taka zdolność a nie inna?! Nieważne. Zrobiła to co należało. Wzięła scyzoryk przjechała po swojej ręce a to cholerstwo z niej wypłynęło. Dostała namiary na nich, gdyby coś się działo może w każdej chwili zadzownić.
Ale czy teraz jej życie będzie lepsze? Cholera wie. Najważniejsze, że zrobiła wszystko co tylko mogła. Bo przecież chcieć znaczy móc prawda? Pojechała do swojego mieszkania I zabrała swoje rzeczy. Pojechała na lotnisko I kupiła bilet do domu. Tak..ten zamek była w stanie nazwać już domem. Bo przecież miała tam przyjaciół no I chłopaka, w którym jest zakochana po uszy. Teraz aż robi jej się wstyd jak pomyśli o tym, że go pocałowała. A jak wróci a on będzie miał już kogoś innego? Trudno...przecież to ona go zostawiłą. Dla niej najważniejsze było to by ten cholerny szestanolatek, który sprawia, że ma motylki w brzuchu był po prostu szczęśliwy.
Podróż samolotem minęła jej bardzo szybko, może dlatego, że nie mogła się doczekać powrotu. Autobusem pojechała w kierunku zamku. Potem przeszła jeszcze kilka kilometrów ze swoją torbą. Boże jak tu było cholernie gorąco ! No tak..zmiana klimatu. Ale kiedy zobaczyła znajomy budynek aż się uśmiechnęła. Poczuła energię, która kazała jej niemalże biec w jego kierunku. Gdy już była na jego ternie poczuła dziwny spokój I czuła, że to właśnie jej miejsce, a nie jakiś cholerny Berlin. Kiedy była już w środku pierwsze co to zostawiła torbę w swoim pokoju. Było wcześnie rano, dochodziła godzina siódma. Jeszcze praktycznie wszyscy spali, w końcu to niedziela a wtedy wszyscy dłużej sobie spali. Ale ona musiała iść pod pokój numer pięć. Zapukała. Drzwi otworzyła jej współlokatorka Charliego. Widząc ją wiedziała co zrobić, ubrała się I po prostu wyszła z pokoju. Jak widać zdawała sobie sprawę z tego co działo się pomiędzy nią z Charlim. Cora przykucnęła przy jego łóżku I delikatnie nim potrząsnęła by ten się obudził. Kiedy otworzył zaspane oczy panna Bright uśmiechnęła się do niego I powiedziała:
- Dzień dobry Charlie.





__________________________________________________
Ostatnie wypociny dotyczące zdolności Cory.
Mam nadzieję, że wszystko się wyjaśniło.
Zapraszam do czytania tego czegoś no co co mogę więcej zrobić?

TYGODNIOWA LISTA OBECNOŚCI


 Witajcie małe dziwolągi!
Jako, że Wasz kochany i wspaniały dyrektor zauważył, iż coraz mniejsza liczba uczniów uczęszcza na obowiązkowe zajęcia (liczba nieobecności jest druzgocąca!) postanowiłyśmy zorganizować pierwszą - i mamy nadzieję, że ostatnią - LISTĘ OBECNOŚCI. Będzie ona trwała calutki tydzień, czyli do 3 sierpnia (sobota) do godziny 13.00.
Podpisując się prosimy, aby każdy uczeń podał:
- imię i nazwisko
- numer pokoju
- wizerunek postaci

Z listy obecności zwolnieni są jedynie uczniowie przebywający na urlopie, który został uprzednio zgłoszony w odpowiedniej zakładce. Zostaną oni automatycznie wykreśleni z listy obecności pod koniec jej trwania.
***
SPIS AUTORÓW:

czwartek, 25 lipca 2013

Prawdziwe koty nie potrzebują imion, chociaż często są imionami nazywane.

 
Janith Vi Su

~# date
ur. 14.07.1992

~# origin
ojciec - nieznanymatka - Ariadna "Ari" Vi Su, cyrkowa zaklinaczka zwierząt

~# whoami -sp
mutacja - pewne kocie cechy: uszka, oczka z pionową źrenicą, ogon zakończony pędzelkiem, nieco krótsze od ludzkich palce z wysuwanymi pazurami, wyostrzone zmysły, koci refleks, zwinność i doskonałe wyczucie równowagi, ząbki coś za ostre jak na istotę ludzką...

~# whoami -f
edukacja zakończona trzy miesiące temu, obecnie ochroniarz zamku na nocnej zmianie

~# locate
pokój 4a w Recifle College (WSPÓŁLOKATOR POSZUKIWANY!)

~# log1.1
Wcale nie jestem nieśmiała. Tak może powiedzieć ktoś, kto nie rozumie, że ja NIE LUBIĘ dużo mówić, nie, że nagle zapominam języka w gębie. Po prostu lepiej pięć razy się zastanowić, niż strzępić jęzor po próżnicy a potem jeszcze tego żałować.
Nie jestem leniwa, ja po prostu racjonalnie oceniam, co jest warte wysiłku, a co można sobie odpuścić. Lepiej zachować siły na to, co będzie naprawdę konieczne, ważne, pożyteczne albo upragnione. Jeśli na czymś mi zależy, nie odpuszczę, zrobię wszystko, aby osiągnąć upragniony cel. Czasmi bywam nieznośnie uparta.W przyjaźni cenię szczerość, wierność i lojalność, staram się nie nadużywać okazanego mi zaufania. Sama mogę zdawać się nieufna i podejrzliwa, już nieraz słyszałam, że powinnam bardziej się otworzyć. Cóż, pracuję nad tym...
Staram się być cierpliwa i tolerancyjna, ale wszystko ma swoje granice. Nie pozwolę wejść sobie na głowę, zaatakowana mogę ostro zareagować. Chociaż, żeby wytrącić mnie z równowagi, trzeba się trochę postarać.Nie lubię mieszać się w cudze spory, wychodzę z założenia, że każdy sam powinien załatwiać swoje sprawy. Przyznaję, że jako przyjaciółka, pocieszycielką nie jestem dobrą, nigdy nie jestem pewna, co powiedzieć, żeby jeszcze nie pogorszyć sytuacji... Jak to mówią, przede wszystkim nie szkodzić.
Przyznaję, zdarzają mi się chwile, kiedy obecność innych osób mnie irytuje, często wolę być sama. Złośliwi mogą powiedzieć, że właśnie wtedy odzywa się moja kocia natura i każe mi chodzić własnymi, rzadko uczęszczanymi drogami. Nie zaprzeczę, trochę prawdy w tym jest, z jakichś powodów zaraz po ukończeniu edukacji zaczęłam pracować na nocnej zmianie. Lubię ten nocny spokój, samotność i ciszę wydobywającą na zewnątrz to, co w dzień przemija niezauważone.
Nianawidzę, kiedy coś mnie krępuje, sama świadomość ograniczenia doprowadza mnie do szału. Często walczę z pokusą, aby złamać jakieś zasady tylko dlatego, żeby samej sobie udowodnić, że potrafię, uwielbiam napawać się tym uczuciem, które zawsze towarzyszy przełamywaniu oporów. Taka moja mała dewiacja, moja perwersja, mój własny narkotyk.

~# 
log1.2
Znalazłam się w tym miejscu przez przypadek i może gdybym była romantyczką albo artystką, teraz rzuciłabym jakimś patetycznym tekstem o przeznaczeniu. Ja tam jednak nie wierzę w takie bzdury, na świecie jest tylko subtelna równowaga między determinizmem a przypadkiem. A w reinkarnację chciałabym wierzyć, może to znów wina tych kocich genów, które wzięły się nie wiadomo skąd... Ale dziewięć żyć? Przyjemna perspektywa, pomarzyć zawsze można.Przypadek, który sprawił, że teraz jestem w Recife, nazywał się głupota. Ludzka głupota, która każe im zabijać siebie nawzajem o skrawek ziemi albo powstałe z rozkładu organicznych szczątków paliwa, ukryte pod jej powierzchnią. A jaką przewagę zyskałby ten, w którego szeregach służyliby osobnicy obdarzeni zwierzęcymi cechami?
Wieloletnie poszukiwania pożądanych cech doprowadziły w końcu wojskowych lekarzy do cyrku, w którym występowała pewna szczęśliwa czternastoletnia dziewczynka, z woli natury w kilka dni opanowująca akrobacje, których nauka innym zajmowała lata. Tak, kocie geny zdecydowanie się przydają. Na wojnie także? To musieli sprawdzić, dobry los sprawił, że nie zdążyli. Matka, czując, co się święci, wysłała mnie tutaj, licząc na to, że będę bezpieczna. Tak też się stało. Do końca życia będę jej wdzięczna, że nie pozwoliła, abym przyczyniła się w jakikolwiek sposób do dalszego nakręcania i wzmacniania tej machiny nienawiści i śmierci, której jedynymi owocami są krew, ból, gniew i smutek.

~# 
log1.3 --extras
* Janith prowadzi bardziej nocny tryb życia.
* Nienawidzi swojego imienia, to chyba jedyna rzecz, o jaką ma żal do swojej niewidzianej od lat matki.
*Kocha parkour i wspinaczkę bez zabezpieczenia, obie te dyscypliny uprawia wszędzie gdzie tylko się da na terenie zamku.
*Na początku wiosny, jak to koty, miewa nietypowe wahania nastroju spowodowane nagłym wyrzutem hormonów, może być wtedy nieznośna i zachowywać się irracjonalnie.
*Ma słabość do słodyczy, na szczęście aktywność pozwala jej dość szybko pozbywać się nadmiarowych kilogramów.
*Nie zna się na modzie, preferuje styl sportowy, wybiera wygodniejsze rzeczy, nie krępujące ruchów.



[Jak na to patrzę, to mam się ochotę pod ziemię zakopać, pisanie po nocach mi nie służy. I jeszcze te idiotyczne gry, których wpływ na moją twórczość będzie z czasem coraz bardziej widoczny. Mam nadzieję, że nikt z krzykiem nie ucieknie, krytykę cierpliwie zniosę, błędy poprawię.
Zdjęcie z deviantartu, nie wiem, czyja to twarz. Cytat w tytule to prafraza T. Pratchetta bodajże, z Kota w wydaniu czystym.
Na wątki i powiązania jestem chętna, jak kogoś przypadkiem pominę, proszę się upominać, wiadomo, błędy ludzkie plus błędy internetu... Jak bez przyczyny na kilka dni zniknę, to zapewne tylko będą problemy techniczne, Mintowi się zdechnie czy coś, wkrótce na pewno wrócę.

środa, 24 lipca 2013

I may be bad, but i'm perfectly good at it

De hipste haarverftrends - Girlscene

|| Isobell Larens || 19 lat || Sycylia || Odczuwa pragnienia innych || Pokój wciąż poszukiwany ||

Z początku była grzeczna i nieśmiała, aż w końcu jej moce dały o sobie znać. Dziewczyna zaczęła wariować, przynajmniej jej tak się zdawało. Od napadu wszystkich pragnień każdego człowieka, którego poznała zaczęła się zmieniać. Isobell zaczęła pić żeby zagłuszyć własny umysł, zaczęła się bawić i korzystać z życia do czasu. W końcu wpadła, zakochała się a koleś złamał jej serce jak to bywa z pierwszą miłością. Dziewczyna zmieniła się nie do poznania zaczęła być arogancka i wykorzystywała potrzeby innych ludzi dla siebie. Przestała odmawiać sobie wszystkiego i dopiero zaczęła żyć życiem.

Jej moce są dość specyficzne. Isobelle czuje tylko to czego ludzie chcą w danej chwili. Dziewczyna nie odczuwa czegoś takiego jak głodu czy koniecznego pójścia do łazienki, jej moc wychwyci tylko te silniejsze emocje jak  pragnienie, miłość, skrępowanie, strach czy ból emocjonalny. 

Dziewczyna jest konkretna, wie czego chce i do tego dąży. Nie obwija niczego w bawełnę tylko po prostu robi i mówi co się jej żywnie podoba. Instytut pilnie pracuje nad jej temperamentem, który nie jest łatwo poskromić. Isobell jest uparta i zawsze musi mieć ostatnie zdanie nie ważne czy jest na przegranej czy wygranej pozycji. Dziewczynę trudno zagiąć choć mimo jej temperamentu nie jest w cale trudno nawiązać z nią znajomości. 

POWIĄZANIA || INFORMACJE
                                                                
[Witam! Jeszcze tak szybko karty nie napisałam więc przepraszam za jej wygląd i jakoś, ale z czasem naprawdę się poprawi! ;) A teraz zapraszam do wątków i powiązań ]

Edit 2013-07-24

i want you on your knees


Wyatt Sheapherd.
Lat 23
Kucharz
Pochodzi z Norwegii.
Pokój  1a


Historia.

Trafił tu jak większość zapewne. Po tym jak narobił bałaganu swoją mocą trochę się ukrywał, trochę narobił jeszcze większego bałaganu aż usłyszał o szkole. Tak więc stwierdził, że po co mają ginąć niewinni ludzie i tak o się tu znalazł.  Najpierw jako uczeń, a teraz jako personel. Stara się was nie otruć.
 

Charakter.

Wyatt mimo swojej mocy przez którą powinien unikać ludzi czy też innych stworzeń nie lubi być sam. Lubi towarzystwo jednak ukrywa swoje problemy i trudno do niego dotrzeć. Stara się być optymistą i nie myśleć o tym, że jakiekolwiek zbliżenie do niego może kogoś zabić lub okaleczyć na szczęście aktualnie panuje nad sobą. Sheapherd stara się być najlepszy w tym co robi, a więc gotowanie ma w małym palcu. Dąży do wyznaczonego celu. Wierny swoim ideałom. Ma dobrze rozwinięty system wartości którego mocno się trzyma. Trochę taki z niego wredny gość, albo po prostu szczery. Zdarza się, że nie panuje nad swoimi nerwami.

Moc.
Dobra tak więc jego moc polega na tym, że podczas stosunku może odebrać ci energię życiową. W sumie samym swoim dotykiem może cię zabić.

Ciekawostki..
Uwielbia starą muzykę jak i stare filmy. Dobre, czerwone wino. Kuchnie włoską jak i francuską. Nie pal, błagam. W zdrowym ciele zdrowy duch. Chodźmy do opery. Kot = szatan. Hodujmy legwany. Książki, mnóstwo książek. Fantastyka. Pooglądajmy bajki. Kilo malin. Takie coś z takim czymś bez takiego czegoś.

aktualizacja: 24.07.13 


[ Boże dodać tu notkę lub cokolwiek to jest jakiś cud oO karta stworzona z innych kart. Chcecie wątek to nie pytajcie tylko zaczynajcie. Na wszystko postaram się ładnie odpowiadać. Tak więc zapraszamy ;) ]