niedziela, 14 lipca 2013

Roz­myśla­nie o śmier­ci jest roz­myśla­niem o wolności...

"Mózg jest najbardziej tajemniczym organem ludzkiego ciała. Uczy się. Zmienia. Dostosowuje. Mówi nam, co widzimy. Co słyszymy. Dzięki niemu odczuwamy miłość. Myślę, że mieści w sobie naszą duszę. Nieważne jak dogłębnie będziemy go analizować, nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak pracuje ta delikatna, szara substancja  w naszej czaszce. A kiedy jest uszkodzony… Kiedy mózg znacznie ucierpi… Cóż… Wtedy robi się jeszcze bardziej tajemniczo."

 ALICIA WEBER

tylko, a może AŻ 20 wiosen ♥ pokój numer 6a ♥ uzdrowicielka ♥ ręce, które leczą ♥ poranne migreny ♥ senność ♥ wieczny brak energii i apetytu ♥ częste mdłości ♥ stany podgorączkowe ♥ krwotoki z nosa ♥ obraz nędzy i rozpaczy ♥ wyglądasz jak worek nieszczęść! ♥ drżące dłonie ♥ miętowe papierosy = dawka codziennego znieczulenia ♥ uczucie wszechobecnego zimna ♥ grube swetry ♥ kruszyna ♥ Pani Kościotrupek ♥ chorobliwie blada cera ♥ podkrążone oczy ♥ powłóczysty krok ♥ popękane wargi ♥ śnieżnobiałe włosy ♥ siniaki i zadrapania ♥ zaczerwieniony nos ♥ bezustanne kichanie ♥ tysiące chusteczek ♥ chuderlak ♥ wystające obojczyki ♥ krzywe nogi ♥ mały biust ♥ fetysz czerwonej szminki ♥ powoli zanikam, upadając pod ciężarem Waszych chorób ♥ otępienie ♥ wegetacja ♥ wyobcowanie ♥ antyspołeczny cień człowieka ♥ małomówność ♥ głęboka empatia ♥ uosobienie roztargnienia ♥ ataki agresji ♥ niespodziewane zmiany nastroju ♥ gbur ♥ maruda ♥ histeryk ♥ samotnik ♥ chwilowa depresja ♥ łagodny półuśmiech ♥ marzycielka ♥ pseudo-artystka ♥ geniusz matematyczny ♥ nałogowo żuję gumę bananową ♥ uwielbia rozwiązywać krzyżówki ♥ mol książkowy ♥ częsty bywalec szkolnej biblioteki ♥ uspokaja mnie zapach starego pergaminu ♥ muzyka klasyczna ♥ chińskie kołysanki ♥ bajki ♥ czarno-białe filmy ♥ kaktus o imieniu Jack ♥ truskawki ♥ mleko czekoladowe ♥ szkicownik ♥ kolekcja ołówków ♥ stara maszyna do pisania ♥ bałagan ♥ czasami nie mam siły nawet otworzyć oczu ♥ garść witamin ♥ narastając frustracja ♥ rozmowy z własnym JA


CIEKAWOSTKI:
jej dłonie są wiecznie zimne, dlatego w chłodniejsze dni - wbrew wszelkim komentarzom - nosi rękawiczki, a nawet owija się szalikiem. Może jest kosmitką? Kto to wie!
♥ mutacja dziewczyny w znaczący sposób wpływa na jej samopoczucie. Mimo to miewa lepsze dni, podczas których rozpiera ją energia.
♥ Alicia bardzo rzadko pojawia się na zajęciach. Może dlatego każde jej pojawienie wywołuje zaskoczenie wśród reszty uczniów, jak i zadowolony uśmiech danego nauczyciela (w szczególności z matematyki, który ceni sobie zdolności dziewczyny).
♥ nie przepada za zatłoczonymi miejscami i hałasem. Właśnie dlatego większość czasu spędza w pokoju lub przechadzając po opustoszałych korytarzach zamku.
♥ niektóre obrazy zdobiące ściany jej pokoju są autorstwa dziewczyny, która uparcie stara się namalować COŚ poruszającego.
nienawidzi kawy, jednak jej zapach uważa za nęcący i uwodzicielski.
♥ nie lubi sama spać - odczuwa wtedy pewny niepokój i lęk. Może dlatego śpi z ogromniastym, pluszowym misiem mimo swojego wieku.
♥ na swoim ciele nie posiada ani jednego pieprzyka czy znamiona; nie licząc licznych siniaków i zadrapań.
♥ w przeszłości jej włosy były po prostu brązowe, popielate; zaś oczy niebieskie. Obecnie całkowicie utraciły swoją dawną barwę i blask.
♥ leworęczna
♥ zwykle nie nosi żadnej biżuterii, nie licząc kolczyków czy starego, niedziałającego zegarka.
♥ posiada dość specyficzny, ostry akcent; gdy się denerwuje zabawnie zniekształca literę "r".
♥ podczas jakichkolwiek rozmów ogranicza ilość słów do potrzebnego minimum.
♥ dość częsta bywalczyni w gabinecie szkolnego psychologa.
 *** 
APARYCJADAR ♥ POWIĄZANIA

AKTUALIZACJA: 14.07.2013 
WIZERUNEK: nieznany + Sofia Fanego

[Serdecznie wszystkich witam :),
z góry chce powiedzieć, że Karta Postaci może z czasem ulec niewielkim zmianą. Co do wątków i powiązań jestem otwarta na wszelkie propozycję!]


122 komentarze:

Syviis pisze...

[Śliczne zdjęcie to pierwsze *-* ]

Viola

Syviis pisze...

[Hahahah, nie wiedziałam, że aż taką radość sprawię. A na wątek jestem chętna, oczywiście :) Jakieś pomysły może, bo mam pustkę w głowie >.< ]

Viola

tabletka na zgodę pisze...

[ Witam :) Wątek z wielką chęcią, z pomysłami niestety gorzej... Co powiesz może na spotkanie pod gabinetem psychologa, np. Pearl będzie czuła wewnętrzną potrzebę porozmawiania z kimś i zastanie Alicię koczującą pod jego gabinetem, gdyż akurat ten będzie zajęty. Ewentualnie, ten sam motyw, tylko z gabinetem pielęgniarki, skoro Alicia często odnosi drobne obrażenia. Nic innego nie mogę wymyślić, więc jeżeli tobie coś przychodzi do głowy, to śmiało :D ]

Pearl

kiraj pisze...

[ Czekałam na nią! Tak, tak - podglądałam ci kartę, no ale nie umiałam się od tego powstrzymać. Fajna pani i oczywiście chcę wątku. Co ty na to, żeby znali się ze szpitala, gdzie mogliby się przypadkiem spotkać, a teraz odnowiliby swój kontakt? :> ]

F. E. Maverick

cisza. pisze...

[Hej, Słońce :) Obiecuję, że tym razem nie ucieknę. Wącimy, prawda? Znajdziesz jakiś pomysł, czy ja mam kombinować?]
Katherine

queen b pisze...

[Dziękuję serdecznie za miłe słowa! A krzyczeć nie mam zamiaru, bo pomysł dobry, chociaż jestem za jego drugą wersją, to jest tą z pomocą z dobrego serca c: Bo Nikolaj nawet jakby wiedział, że się lepiej przy Alicii czuje, to by nie wiedział, co z tym zrobić.
Zaczniesz?]

~Nikolaj Bukov

cisza. pisze...

[W porządku :) To ja zaczynam w takim razie. I nie ucieknę, RC ma to do siebie, że owija mnie wokół palca i nie chce wypuszczać :D]

Taniec był czymś, co Katherine pamiętała z czasów zanim przyszła do szkoły. Już wtedy uwielbiała w samotności kręcić piruety, czy nawet udawać, że tańczy z partnerem. Była dobra techniczne, ale największą rolę odgrywał talent i pasja. Niestety, nieliczni mieli okazję ją ujrzeć.
Stanęła na środku jednego z większych korytarzy w szkole. Księżyc patrzył na nią przez duże okna. Kat uśmiechnęła się do niego, jakby wierząc, że ta jasna kula naprawdę ją obserwuje. Dziewczyna w końcu otrząsnęła się i zaczęła ćwiczenia rozciągające. Po chwili zdjęła z siebie bluzę i na jej komendę, popłynęła cicha muzyka, wydobywająca się znikąd. Jeden krok. Drugi krok. Trzeci krok. Pełne gracji ruchy byłyby ucztą dla znawców. Katherine teraz nie myślała o niczym innym, jak o tych krokach, ruchach, napiętych mięśniach. Była tańcem, a taniec był nią.
Wiedziała, że kiedy tu przyszła, korytarz był pusty. Po pewnym czasie coś się zmieniło. Kat wyczuła czyjąś obecność, jednak nie przejęła się tym. Tańczyła dalej, a kiedy skończyła wraz z muzyką, szybko zabrała porzucone wcześniej nakrycie i odeszła w mrok korytarza.
Sytuacja powtarzała się parę nocy z rzędu. W końcu jednak Kat nie mogła się zjawić, więc zostawiła na owym korytarzu malutką karteczkę.
Hej. Wiem, że jesteś. To miłe. Jeśli możesz, przyjdź jutro. Już będę.
Zdawała sobie sprawę z obecności drugiej osoby, zawsze wiedziała. Następnej nocy zjawiła się na miejscu, lecz tym razem była ubrana zwyczajnie, nie zamierzała tańczyć. Usiadła na parapecie i czekała. Kiedy usłyszała szelest w oddali, uśmiechnęła się sama do siebie.
- Hej - wyszeptała nieco ochrypłym głosem. - Cieszę się, że jesteś - przekrzywiła lekko głowę w bok, obserwując zbliżającą się dziewczynę.

[Mam nadzieję, że ujdzie ;)]
Katherine

cisza. pisze...

Jedni mieli lepiej, drudzy gorzej. U Katherine nie było wcale tak kolorowo, jakby mogło się niektórym wydawać. Mimo tego, starała się czerpać z życia garściami. Ta szkoła dała jej nadzieję na lepszą przyszłość. Może w końcu przestanie zagrażać innym swoją mocą, a także i ze sobą dojdzie do ładu.
Nigdy nie była pewna, kim jest jej obserwator. Wiedziała tylko, że jest nim kobieta. To było coś w krokach i sposobie zachowania, dzięki czemu zdobyła tę wiedzę. Wyczuwała to. Kiedy dziewczyna wyszła z cienia, uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Kojarzyła ją. Sporo osób przerażała ta małomówna i antyspołeczna osóbka, jednak nie Katherine, która była zwyczajnie zaciekawiona.
- Dzisiaj chyba nie zdziałam zbyt wiele - powiedziała, przepraszającym głosem, wyjmując w tym samym momencie chusteczkę z kieszonki grubego swetra. Zwinęła go swojemu współlokatorowi, kiedy jego nie było. - Jak widzisz, przeziębiłam się, a z cieknącym nosem nie prezentowałabym się zbyt ciekawie. Przepraszam - wymamrotała, po czym wydmuchała nos. Miała to swoje "szczęście" do łapania chorób w nieodpowiednim czasie. Wyrzuciła później zużyty przedmiot do śmietnika i spojrzała ponownie na Alicię. - Chyba szkicowałaś, gdy tańczyłam, prawda? - objęła się rękoma, ponieważ zaczęło się robić chłodno. W końcu byli w zamku, co wcale nie gwarantowało ciepła. - Jeśli chcesz mogę kiedyś spróbować zatańczyć, kiedy będzie widno - zaczęła nerwowo skubać nitki wystające ze sweterka. - Jednak niczego nie obiecuję, dawno nie tańczyłam przed kimś, będąc w pewien sposób odsłoniętą.

Katherine

queen b pisze...

Nikolaj potrafił bardzo szybko przywyknąć do niektórych rzeczy. Być może nabył tę umiejętność przez środowiska, w jakich przyszło mu żyć. Wychowany w sierocińcu musiał bardzo szybko przyzwyczaić się do zasad tam panujących, do obowiązującej hierarchii. Tak samo było z pobytem w Żeleznogorsku. Chociaż nigdy nie zaakceptował całkowicie tego, co się tam działo, to jednak wykonywane tam czynności po jakimś czasie zamieniły się w codzienność. Golenie głów, badania lekarskie, wstrzykiwanie różnorakich substancji. Wszystko to przestało robić wrażenie. Na początku małego jeszcze Bukova przerażało to, co działo się w tym zamkniętym mieście. Później, aż do momentu ucieczki, strach zamienił się w obojętność.
Skoro nawyknął do czegoś takiego, nic dziwnego, że oswoił się także z uciążliwymi efektami ubocznymi mutacji. Chociaż napawały go lękiem, to również przeszły w rutynę. Mimo że nie miał cierpliwości do omdleń, zaćmienia wzroku wzbudzały w Nikolaju grozę, a migreny były wyczerpujące, to musiał nauczyć się z nimi żyć. Innego wyboru najzwyczajniej w świecie nie miał.
Ostatnio odnosił coraz większe sukcesy, jeżeli szło o rozwijanie mocy. Poszerzył swój kąt widzenia o kilka cennych stopni, potrafił już zauważyć najdrobniejszy ruch w odległości blisko ośmiu metrów, a oczy uczyły się rejestrować coraz szybsze czynności. Niestety taki sukces miał także drugą stronę medalu. Wiadomo, że jeżeli człowiek spotyka się z powodzeniem w jakiejś dziedzinie, stara się poświęcić jak najwięcej czasu na jej doskonalenie. W przypadku Nikolaja coś takiego nie mogło mieć miejsca, inaczej dalsze ćwiczenia mogły być zgubne w skutkach. Mimo to ignorował ostrzeżenia, jakie wysyłał mu organizm oraz nie zamierzał nawet korzystać z dawnych doświadczeń, co nie miało prawa skończyć się dobrze. Dopiero po tym jak oślepł na zdecydowanie dłuższy okres niż zazwyczaj, postanowił wreszcie dać sobie spokój i odpocząć. Wrócił do pokoju, zasłonił okna i położył się na łóżku, czekając na nadchodzący ból.
Bolało. Cholernie bolało.
O wiele bardziej niż zwykle.
Migrena nigdy nie pojawiała się znienacka. Powoli oplatała głowę swymi mackami, przynosząc coraz większe cierpienie. Bukov w takich momentach nie mógł wykonać nawet najmniejszego ruchu, aby przypadkiem nie narazić się na kolejną falę bólu. Dlatego też skrzywił się, kiedy ktoś załomotał do jego drzwi, a następnie poparł to krzykiem. Niechętnie zwlókł się z pościeli, po czym przygarbiony, powłócząc nogami, przeszedł przez pomieszczenie i nacisnął klamkę.
- Co? - spytał, widząc przed sobą dziewczynę. Może nie były to wyżyny kultury, ale w takim momencie nie miał zamiaru silić się na uprzejmości. - Co się stało?

~Nikolaj Bukov

Karou pisze...

[Jak najbardziej! Już wcześniej czytałam twą kartę i bardzo mi się spodobała! A że to takie dwie śnieżynki to trzeba coś wymyślić... Może takie coś... Irys zgubiła by się w szkole i ze zdenerwowania zaczynała by coraz jaśniej świecić aż tu nagle natrafia na A. i dziwi się oraz zastanawia... Czy by nie spytać o drogę czy coś... Może masz coś lepszego? Albo jakieś powiązanie?]

Irys

Karou pisze...

[O tak tak to jest wspaniały pomysł!]

Irys będąc w tej szkole opanowała jedynie drogę do pokoju, do biblioteki, do szkolnej pielęgniarki, do szkolnego psychologa do którego musiała przybywać dwa razy w miesiącu i zdradzać jakieś postępy i do niektórych sal lekcyjnych.
W reszcie się kompletnie gubiła. I nieraz przez to świeciła tak jasno że mijający ją uczniowie czy pracownicy szkoły mrużyli oczy albo zasłaniali je dłońmi.
Dlatego też Irys postanowiła się nie gubić co w cale nie było łatwe. Ale jakoś powoli jej się to udawało.
Dzisiaj postanowiła że uda jej się wypożyczyć taką książkę z zieloną okładką o roślinach bo zawsze gdy na nią patrzyła miała jak by przebłyski wspomnień.
Dlatego też stwierdziła że musi ją mieć!
Niestety książka ta była wyjątkowo wysoko przez co nijak nie mogła jej dosięgnąć a książka wołała
Weź mnie weź mnie ze sobą!
A bibliotekarki nie zamierzała prosić o pomoc bo ta wydawała się taką niezbyt przyjemną osobą a swymi małymi oczkami o barwie glonów obserwowała wszystko i wszystkich. Była jak bazyliszek.
Więc ostrożnie, starając się być niezauważoną podeszła do regału i stanęła na palcach wyciągając się jak najdalej.
To zdało się na nic. Przy jej marnym wzroście nie sięgała...

Irys

Karou pisze...

Nagle zjawił się ktoś równie biały i bezbarwny jak Irys. Wyglądała jednak jak siedem nieszczęść.
-Tą zieloną - odparła cichutko by nie zakłócać panującej w bibliotece ciszy.
-Zupełnie nie wpadłam na to by użyć drabiny -dodała a gdy dziewczyna oddała jej a raczej ściągnęła książkę drabina się przechyliła a dziewczyna wpadła na półkę która przewaliła się z wielkim trzaskiem niestety wraz z nią reszta książek spadła a sama dziewczyna jakimś cudem nie spadła z drabiny.
Przestraszyła się tak bardzo tego hałasu jaki towarzyszył spadającym książką że zaczęła świecić.
-Szybko! Bo nas bazyliszek złapie...! Znaczy bibliotekarka! - jednak było odrobinę za późno bo ona w niewiadomy sposób szybko znalazła się przy nich.

Irys

Karou pisze...

Irys była tak zlękniona że zaczęła się świecić i skupiła się tylko na tym by jak najszybciej uciec z biblioteki do pokoju po jakieś jedzenie. Tak to było że gdy zaczynała intensywnie świecić. Zaczęła się kulić i nie odzywała się już nawet nie patrzyła w oczy nauczycielce tylko skupiała się na tym by tak nie świecić i by ignorować narastający głód.
Słysząc że będzie musiała tu wrócić by odrobić szlaban od razu podniosła głowę, przestała świecić i zapomniała o jedzeniu.
- C...Co?! - krzyknęła na bibliotekarkę.
Irys nie miała zamiaru mieć szlabanu starała się być przecież grzeczna! To niewiarygodne z tego wszystkiego znów zgłodniała i zaczęła świecić więc po prostu wybiegła mając nadzieje że nie będą musiały pracować w ciemnym archiwum.

Irys

Karou pisze...

Chciała nie iść, ale niestety to durne poczucie winy i sumienie zmusiły ją do przyjścia choć szła powoli jak na ścięcie z tą ponurą miną powłóczyła swoimi krótkimi nóżkami. A gdy dotarła do swego zwykłego azylu który teraz jej się wydawał najgorszym z koszmarów. Otworzyła drzwi ze skrzypnięciem i cicho je domknęła a potem dalej tym razem podniosła głowę lecz nie pewnie w obawie co będą robić modliła się w duchu by tylko nie sprzątali archiwum bo tam jest taak ciemno, duszno i mało miejsca.
Usiadła na krześle unikając wzroku bazyliszka i dziewczyny uosabiającej siedem nieszczęść.
Tym razem kieszenie miała wypchane orzeszkami, czekoladą, cukierkami i kawałkami zbożowych ciasteczek.

Irys

zawrót głowy. pisze...

[myślę, że mogłaby uleczyć Samy w jakąś pełnie :) swoją droga mam pytanie, bo chciałabym zrobić pielęgniarkę, tylko, że musiałaby ona leczyć ludzi, więc miałaby w sumie tą samą moc co Twoja postać, ale potrafiłaby to robić jedynie dłońmi i w odróżnieniu od dziewczyny nie niszczyłaby swego organizmu, tym samym mogła by pomagać Alici, szkolić ją i ogółem, co Ty na to?]

Samantha.

raven pisze...

[Ciekawe z pewnością, ale podejrzewam, że również nieco problematyczne :D. Po przeczytaniu Twojej karty stwierdzam, iż mamy delikatną bazę do wątków - kwiatki. Tylko w jaki sposób byśmy to wykorzystały?]

Annie M.

Karou pisze...

A jednak. Spełnienie jej najgorszych koszmarów czyli archiwum.
Nie! Nie nie! w jej wnętrzu wszystko krzyczało ale na zewnątrz była spokojna może z lekka przerażona ale spokojna.
Starała się nie myśleć i skupić się na oddechu.
Powoli podniosła się i zobaczyła jak ciemno tam jest a ta niesamowita dziewczyna weszła tam sama i to pierwsza z własnej woli. Więc i ona postanowiła być odważna i zejść.
Jakoś udało jej się zejść ale gdy już się rozejrzała zobaczyła jak ciemno ciasno tutaj jest. Zaczęła szybciej oddychać zaczęła się też świecić jasno i pomimo tego że wypełniła pomieszczenie światłem to i tak wiedziała że tu ciemno i tak wiedziała że jest tu ciasno i i tak bała się oraz zaczynała wpadać w histerie.
W dodatku przez te świecenie była tak bardzo głodna i słaba że myślała że zemndleje.
- Jeść - szepnęła zapominając o swoich wypchanych kieszeniach.

Irys

francuski piesek pisze...

[Tak bardzo podoba mi się to pierwsze zdjęcie, o matulu! Co do wątku, powiązania - czegokolwiek, myślę, że Alicia mogłaby zauroczyć Charlesa. Taka niepozorna z niej chudzinka, i jeszcze taka dobra, jeju. :D Czyli zakładamy, że powiązanie jest gotowe, tak? Chyba, że ci to nie pasuje, to rozumiem >.<]

Charles

Karou pisze...

Sięgnęła drżącą ręką po karmelka którego wyciągnęła dziewczyna z jej kieszeni wsunęła do ust i pogryzła od razu lepiej się poczuła ale potrzebowała więcej, potrzebowała wyjść na większą i jaśniejszą przestrzeń potrzebowała przestrzeni.
-Chce wyjść - powiedziała cichutko i sięgnęła po kolejne cukierki ze swoich kieszeń by je jak najszybciej zjeść i poczuć siłę, by przestać się tak trząść. Nie mogła się ruszyć z miejsca tylko sięgała do kieszeni.
-raz, dwa, trzy kotki, cztery, pięć, sześć koty poszły jeść - to ją w pewien sposób uspokajało, choć nie za bardzo


Irys

francuski piesek pisze...

[Pomysł prosty, ale za to fajny. :D Obiecuję kiedyśtam zacząć, najpiękniej, jak potrafię! Teraz muszę mieć chwilę luzu, bo padam z nóg po pracy >.<]

Charles

francuski piesek pisze...

[Poważnie?! D: Jezusie, kocham cię<3 Kiedyś ci się za to odwdzięczę, obiecuję!]

Charles

Karou pisze...

Odwróciła się do niej. Nie sądziła że to dzieje się naprawdę a ta dziewczyna jest dla niej taka miła. Nikt od kąt pamięta taki miły i zważający na nią nie był.
Oprócz chyba tych których nie pamięta. Ale o nich to do powiedzenia prawie nie ma nic.
-Naprawdę? - spytała się jeszcze na koniec czy aby na pewno to nie jest jakiś kiepski żart i nie karze jej wrócić do pracy.
Nadal się świeciła i dawała o wiele więcej światła niż ta słaba żarówka.
- Jestem Irys i muszę ci się odwdzięczyć - dodała uśmiechnęła się i szybko uwinęła z dołu na górę i niezauważona wróciła do swojego pokoju. Ale jak zawsze nie została tam długo i omijając bibliotekę szerokim łukiem "zwiedzała" szkołę.

Irys

francuski piesek pisze...

[Nie przepraszaj! To ja przepraszam za to COŚ poniżej.]

Charles, Charles! Do tysiąca czortów - ocknij się! Dopiero co wstałeś, a już zafundowałeś sobie "przed obiadkową" drzemkę? Przecież to szkodzi zdrowiu, no błagam. Ledwo co zwlekasz swoje monstrualnie długie cielsko z wyra, idziesz na kilka zajęć, wracasz, śpisz, idziesz na obiad, śpisz, kierujesz swój szanowny tyłek na resztę lekcji. To jest twój plan, tak?... Dobra, całkiem cwany, ale obiecuję ci, daleko tak nie pociągniesz!
Charles uwielbiał spać. Oj tak, łóżko było dla niego święte, a zimna poduszka z kaczymi piórkami po prostu cudem. Nigdy nie potrafił zasnąć na rozgrzanej pierzynie. W końcu taki z niego francuski piesek, nie? Tak nawiasem mówiąc - mury zamku są okropnie zimne. Kij, że mają swój klimat, ale czasami nawet pierzynka nie wystarcza, o.
Brawo, bijmy mu brawo. Wstał. Zebrał się w rekordowe siedem minut i poszedł na stołówkę. W ogóle nie chciało mu się jeść. Sam coraz częściej utwierdza się w przekonaniu, że robi to raczej z nudów i przymusu, niż własnej woli. Prawda, lekarze już kawał czasu temu podejrzewali u niego anoreksję. Oj, wcale nie śmieszne. Chłopakowi też może się coś takiego przytrafić. Najdziwniejsze jednak było to, że on nigdy nie dążył do bycia szczupłym. Przecież mówi się, że anoreksja to choroba psychiczna, prawda? Jeden, jedyny lekarz w Paryżu postawił mu zwyczajną diagnozę szybkiej przemiany materii, która obalała na głowy wszystkie inne, beznadziejne pomysły "inteligentnych doktorków".
Chwycił czerwoną tackę, z niesmakiem spojrzał na wszystko, co było dzisiaj oferowane i nałożył sobie kilka owoców oraz tosty z miodem. Siadł gdzieś, gdzie było pusto i po prostu zaczął jeść. To wszystko. Miał nadzieję, że szybko uwinie się z tym posiłkiem, bo aż mu się w głowie zaczęło kręcić od braku snu (CHARLES, BŁAGAM CIĘ!). Wszystko szło po jego myśli, nawet ten ostatni tost uśmiechał się do niego triumfalnie, gdyby nie fakt, że ni stąd ni zowąd znalazła się przed nim pewna dziewczyna. Taka drobniutka, urocza i... Och Charles, stop. Chłopak spojrzał na nią z rozbawieniem. Słysząc jej słowa uniósł jedną brew ku górze i przekręcił głowę w prawo, niczym Bogu ducha winny piesek.
- Dzięki? - odpowiedział, nie bardzo wiedząc co ma w takiej sytuacji zrobić. Uznał, że najlepszym wyjściem będzie siedzenie cicho.

Charles

Karou pisze...

Snuła się i w końcu spostrzegła że wypadało by położyć się spać więc ruszyła do swojego pokoju.
Teraz gdy znała imię nieznajomej mogła się odwdzięczyć nie wiedziała jak ale wiedziała że musi to przecież było takie dobre!
Właśnie wracała kiedy dostrzegła białe włosy podobne do jej tylko nie aż tak białe.
-Alicia! - zawołała cichutko nie wiedziała czy powinna krzyczeć czy nie.
-Mam nadzieje że nie przysporzyłam ci kłopotów... Dziękuje, dziękuje i jeszcze raz dziękuje ci za to. Ten Bazyliszek nie pozwolił by mi wyjść nawet jeśli czaił by się ta ogromny tygrys a ja właśnie miałabym na sobie sukienkę z mięsa.

Irys

cisza. pisze...

Sweter dziewczyny, który wcale nie wyglądał jak sweter, podobał się Katherine. Czuła, że w pewien sposób musi on być bliski swojej właścicielce. W końcu widać było po nim, że był używany bardzo często.
Jeszcze raz uśmiechnęła się przepraszająco. Księżyc słabo oświetlał jej twarz, jednak można było dostrzec, że ma dobry humor. Może dlatego, że mogła z kimś porozmawiać o swojej pasji? Z osobą, przed którą nie wstydziła się tańczyć, chociaż czuła podążające za nią oczy, obserwujące każdy kroczek, każdy najmniejszy ruch.
Nie wiedziała nic o mocy Ali. Nie słyszała o niej nigdy, ale może też dlatego, że nie była w szkole od samego początku. Dołączyła całkiem niedawno i teraz żałowała, że nie znalazła tej placówki wcześniej. To mogłoby zapobiec wielu rzeczom, które miały miejsce ostatnimi czasy.
- Mądrze powiedziane - przytaknęła dziewczynie, jednak zmartwiła się, gdy usłyszała jej kichnięcie. - Na zdrowie - powiedziała, przypatrując się jej z uwagą. - Cholercia, jeszcze Cię zarażę - podwinęła rękaw swetra i podrapała się po nadgarstku. Jakaś bransoletka wbijała jej się w skórę, jednak Kat wydawała się nie zwracać na to uwagi. W końcu nie bolało, tylko bardziej łaskotało, więc to nie był problem.
Katherine również rysowała, jednak na jej rysunkach gościły głównie mangowe postacie. W ukryciu przechowywała parę tomików w swoim pokoju. Oglądała także jedno anime za drugim. To była jej taka mała, ukryta pasja.
- Katherine - przedstawiła się, ściskając lekko dłoń dziewczyny. Wydawała się być krucha, jakby za chwilę miała rozpaść się na miliony kawałeczków. - Co Ty na to, żeby pójść do kuchni i napić się czegoś ciepłego? - spytała, czując, że ręka dziewczyny jest zimna.

Katherine

zawrót głowy. pisze...

[może wątek z Amelią? ;>]

Amelie

raven pisze...

Siema, zielona siostro! Nie chcę ci przeszkadzać w obcowaniu z twoimi nowymi, cichymi, ładnie pachnącymi kumplami, więc powiem tylko tyle: udaję, że za tobą tęsknie i, tym razem szczerze, mam nadzieję, iż szybko się zobaczymy, ponieważ nie mam kogo drażnić! Cieszysz się?
– Victor, ja…
– Pewnie, że się cieszysz. Do zobaczenia!


Annie z westchnieniem odrzuciła komórkę na łóżko, posępnie wpatrując się w ciemny wyświetlacz. Powinna być zadowolona, że przynajmniej zadzwonił. Nikt inny nawet nie próbował się z nią skontaktować od dwóch miesięcy – dawni znajomi zapewne mieli wrażenie, że wyjechała i olała ich, ponieważ odnalazła lepszych przyjaciół. Jak bardzo się mylili. Jej pobyt w Recifle od samego początku opierał się na samotności. Nie starała się. Nie próbowała znaleźć wspólnego języka z otaczającymi ją mutantami, bowiem bała się tego, co potrafią. To prawie jak marny horror, który – mimo swej beznadziejności – wciąż wywołuje strach. Tak irytująco-dołującej sytuacji jeszcze nigdy nie doświadczyła. Proszę państwa, Ann chwilowo zgubiła uśmiech!
Mimo kumulujących się w niej pokładów niechęci do siebie i swojej nieszczęsnej mocy, udała się do szkolnej szklarni. Często tam przebywała. Można powiedzieć, że zbyt często jak na osobę, która sprawia wrażenie nieakceptującej mutacji oraz całej tej szopki z wirusem. Najprawdopodobniej wskutek tego paskudnego genu obecność roślin zaczęła wpływać korzystnie na jej samopoczucie, co nie do końca ją cieszy. Owszem, miło jest znaleźć miejsce, w którym czuje się bezpiecznie, ale na litość boską! Dlaczego to musi być wielki, szklany namiot pełen kwiatków?!
Cóż, dobrze, że nie odczuwa pociągu do takich miejsc jak kostnica czy piwnica. Zawsze lepiej znajdować się w takim położeniu jak obecne – siedzieć na zimnym chodniku i patrzeć na szalejące pod jej wpływem rośliny.

Annie M.

cisza. pisze...

Jak na Katherine, siedziała wyjątkowo sztywno podczas tej rozmowy. Nawet zbytnio się nie kręciła, co zapewne było spowodowane przez przeziębienie. Nie lubiła być chora. Wtedy traciła ochotę na wszystko i z chęcią zawinęłaby się w kołdrę, ukrywając przed całym światem. Niestety, nie mogła na to liczyć, ponieważ, kiedy przestała chodzić na zajęcia, została odwiedzona przez jednego z nauczycieli. A to pech. Chyba miała za dużo godzin opuszczonych bez konkretnego wytłumaczenia, ale cóż poradzić? Zależało jej głównie na kontrolowaniu mocy, nie na uczeniu wierszy na pamięć.
Jak widać, miały podobne nawyki. Gdy Katherine przestała skubać rękaw swetra, zajęła się tym Ala. Tylko, że Kat powstrzymała swoje zapędy, zanim ubranko zaczęło tracić nitki, co nie miało miejsca u starszej koleżanki.
Zeszła z parapetu. Gdy jej stopy zetknęły się z podłogą, na korytarzu rozległ się cichy dźwięk. Na szczęście nie wydawało się, że zwrócił on czyjąś uwagę. Były same w tej części szkoły.
- Zimno Ci? - spytała zaniepokojona, zerkając na dziewczynę. Skierowała swoje kroki w stronę kuchni. Zapewne przebywanie tam o tej porze było niedozwolone, ale nie zamierzała się tym przejmować. - Może chcesz zajść do akademiku po coś jeszcze do przebrania? - wyjęła z kieszeni frotkę i zaczęła związywać włosy w warkocz. Średnio jej to wychodziło, prze co skrzywiła się lekko. W końcu jednak zawiązała gumkę na końcówce i zostawiła swoje włosy w spokoju. Teraz było jej chociaż wygodnie, bez irytujących kosmyków, łaskoczących ją po nosie.

Katherine

Karou pisze...

-Ależ nie to było bardzo miłe i muszę ci dziękować... W dodatku muszę ci się odwdzięczyć nie lubię mieć długów. - dodała jeszcze i podeszła bliżej.
-Ojej! Jaka jesteś brudna... Eee co to?-spytała wskazując na to dziwne zielone co miała we włosach.
-Jednak chyba utwierdzam się w przekonaniu że nie chce wiedzieć - wzdrygnęła się to trochę przypominało jej koszmar tam którego w cale a w cale nie chciała pamiętać.
-Może mogła bym coś dla ciebie zrobić? W pokoju mam jedzenie... Bardzo kaloryczne i słodkie. Zawsze mam zapas. -powiedziała jak by na zachętę.

Irys

zawrót głowy. pisze...

[i można dodać, że będzie jej pomagała z mocą, bo bądź co bądź Amelie ma trochę większe doświadczenie, ale to to już w wątkach wyjaśnię :) zaczniesz?]

Maya.

hypernova pisze...

[Na wątek jestem jak najbardziej chętna, bo Alicia to ciekawa postać. Wiem, że pomysł powali cię oryginalnością, ale to pierwsze, co mi przyszło do głowy. Alicia mogła zostać poproszona o próbę wyleczenia Idy i częściowego chociaż przywrócenia jej wzroku, ale przyniosło to bardzo niewielki efekt i na krótki czas. Mimo to cały czas mogą próbować i podczas tych spotkań jakoś tam nawiązywały się rozmowy. Można nawet powiedzieć, że Alicia jest jedną z niewielu osób, którym Ida częściowo zaczyna ufać.]

Ida

francuski piesek pisze...

W porządku. Spokojnie, Charles. Dobrze widzisz, że dziewczyna albo ma zdiagnozowane ADHD, albo gorączkę. W końcu nie jest powiedziane, iż chorym można być tylko w zimę, nie? Prawda? Chłopak mógł się pobawić w lekarza, ale miał zbyt wielki wstręt do tych ludzi. Nie rozumiał jednego - po co udają, że są mądrzy? I tak prędzej czy później uświadomią sobie, że diagnozują jedynie po cholernych stereotypach, ot co.
Co chwila czuł, jak coś uderza w jego ukochany piszczel. Nie coś, tylko nóżka pani siedzącej na przeciw Charlesa. Dziewczyna zajadała jedną truskawkę za drugą, mając przy tym tyle energii, że sam Francuzik nie zachowałby się tak, gdyby wygrał na loterii. Słysząc, jak przeprasza za każdym razem - śmiał się pod nosem, a w duchu modlił, żeby ta ostatnia połowa tosta zniknęła, ot tak. Bóg jednak go nie wysłuchał, bo najbardziej spalona część, którą zostawił sobie na koniec, dalej była między jego długimi palcami. Jednak coś sprowadziło na jego twarz kamienny wyraz. To kolejne słowa bladej twarzyczki, która nagle posmętniała.
- ... Przepraszam - co zrobiłaś? - spytał zdezorientowany, próbując zgubić jej wzrok. Niestety nie wychodziło mu to zbyt dobrze. Czasami bał się patrzeć innym ludziom w oczy. Przecież to takie peszące. Zamarł w bezruchu, próbując jakoś logicznie wyjaśnić jej słowa. Kolejna rzecz, której nie potrafił wykonać dobrze. Zawsze musiały przychodzić mu do głowy jakieś kretyńskie pomysły. Biedny Charles. - Moment, poczekaj... Wszystko w porządku? - spytał ponownie, przybliżając się do dziewczyny i próbując wywnioskować cokolwiek z jej oczu. Taki Japończyk kiedyś mu powiedział, że z oczu można odczytać wszystko. Ciekawe, czy to prawda...

[Jeszcze wybacz, że tak krótko. Normalnie padam po pracy D:]

Charles

zawrót głowy. pisze...

Brunetka standardowo zajmowała jedno ze swoich ulubionych miejsc w tym niewielkim gabineciku, czyli sofę pod oknem. Pomieszczenie stanowczo należało do tych przytulnych; ściany były w kolorze beżu, podłoga terakotowa, jednak dziewczyna ozdobiła ją puchatymi dywanami. Na ścianach wisiało kilka fotografii, szafka pełna leków wyglądała niczym zwykła komoda, a karty uczniów pochowane były w szufladach biurka, zatem pokój wyglądał prawie zwyczajnie.
Dzień się dopiero zaczął zatem dziewczyna była pewna, że dziś również będzie miała całe mnóstwo roboty. Zaparzyła sobie kubek gorącej herbaty cynamonowej, zjadła śniadanie i połknęła kilka pigułek, które miały poprawić kondycję jej włosów. Jej ciało umiało się samo regenerować, a o kondycję włosów musiała dbać tabletkami? Niestety. Traciła ich coraz więcej i nie wiedziała czy było z przemęczenia, czy jest może na coś chora. Nie, drugą opcję odrzuciła natychmiast. Od czasu mutacji nie zachorowała nawet na głupie przeziębienie, a wcale o siebie nie dbała. Panienka Viser była bowiem osóbką, która bardzo lubiła igrać z ogniem i jeśli tylko miała taką możliwość, ganiała w deszczu.
Amelie siedziała właśnie przed laptopem popijając już nieco chłodną herbatę. Co jakiś czas spoglądała na zegarek dziwiąc się, że jeszcze nikt od niej nie zawitał, ani ona nie jest gdzieś pilnie wzywana. Opanowała w tak wysokim stopniu swoją moc, że potrafiła uleczyć prawie każdego, nie łączyło się to jednak z niwelowaniem raka czy tego typu chorób, czasami już nie było ratunku, a brunetka mogła jedynie uśmierzać ból i razem ze swoim pacjentem cierpliwie wyczekiwać śmierci.
Dopiero, gdy Eliza skoczyła jej na biurko i łapkami poklikała kilka klawiszy domagając się pieszczot brunetka spostrzegła, że jej karma się skończyła i postanowiła na kilka minut wyskoczyć z gabinetu.
Kilkanaście minut później zauważyła przed swoim gabinetem dziewczynę, która była niewiele młodsza od niej, jednak była ona w szkole w zupełnie innym charakterze. Amelie była pielęgniarką, a Alicia uczennicą. Szczerze mówiąc, brunetka bardzo chętnie chodziłaby do tej szkoły, jednak jej życie potoczyło się nieco inaczej i nie miała takowej możliwości.
- Zapraszam. – powiedziała Amelia odkluczając drzwi i otwierając je na oścież by dziewczyna weszła.

Amelie.

raven pisze...

Szkolna szklarnia posiadała tę konkretną cechę, która sprawiała, że niemal chciało się tam wracać – mianowicie część szkolnej społeczności porozumiewająca się z innymi za pośrednictwem wyzwisk tam nie zaglądała. Przecież jeszcze można się pobrudzić, złamać paznokieć. Dzięki temu Annie miała okazję zrelaksować się, powdychać powietrze przesycone tlenem oraz zapachem wszelakich roślin. Oczywiście musiała czuć się dobrze w ich towarzystwie. Cząstka obcego genu sprawiała, że odczuwała niezrozumiałą więź z organizmami tak bardzo różniącymi się od ludzi. To straszne, dziwne, lecz jednocześnie fascynujące. Jeszcze dziwniejszy jest fakt, że ona generalnie nie powinna dojść do podobnych wniosków – czyżby nadmiar chlorofilu jej szkodził?
Nie poruszyła się, gdy usłyszała czyjeś kroki. Nadal patrzyła na wijącą się roślinę, bez przekonania próbując nią manipulować. Nigdy nie przesadzała. Niemal każde używanie mocy w przypadku Annie kończyło się jakimś wypadkiem. Dzisiaj natomiast chciałaby dotrwać do zmroku spokojnie, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu czy życiu. Adrenalina zdecydowanie jej się przejadła – wystarczy, że na co dzień otrzymuje potężny zastrzyk owego hormonu, kiedy spotyka szczególnie przerażającego mutanta.
– Zdaję sobie z tego sprawę – uśmiechnęła się lekko, wciąż nie podnosząc wzroku. Podobne słowa powinny ją co najmniej zirytować, prawda? Jednak tak się nie stało. Póki nikt jawnie jej nie obrażał, nie miała zamiaru bronić się chwastami. To nieetyczne. – Mam nadzieję, że mój kolor skóry nie posłuży Ci za silnik do produkcji drwin. Zielony też człowiek.

Annie M.

Bardzosmutnyczłowiek pisze...

[Bardzo chętnie, nie mam nic przeciwko. Widzisz, ktoś się podjął, lubię takie postacie. Dzięki za plusa, mam nadzieje go nie zmarnować ^__^]
W końcu cieszył się z wolnego dnia, jednak około czternastej dyrekcja przypomniała mu dobitnie telefonem, że dziś jego kolej zrobić obchód.
Idąc korytarzem o tej porze w sumie spotykał mało osób. W którymś momencie jednak wyrwały go z zamyślenia nieregularne ślady na podłodze. Po sekundzie trafiło do niego że to krew i widząc dalsze jej ślady ruszył szybko za nimi. Może i był leniwy w swoich obowiązkach, lecz gdy sprawa wyglądała na poważną nigdy jej nie olewał i reagował jak szybko tylko mógł. Ślad urwał się za drzwiami damskiej łazienki, chcąc nie chcąc wszedł tam z impetem przepraszając od razu za wejście. Nie musiał daleko wchodzić, dokładnie na przeciw przy umywalce była dziewczyna trzymająca się za nos, od razu było wiadomo że to ona ubarwiła podłogę swoją krwią. Parę sekund zajęło mu ogarnięcie sytuacji po czym odezwał się nagle kiedy ją rozpoznał.
- Hej, Alicia, co jest? Znów się źle poczułaś? Mogę spojrzeć? - Zapytał się jej łagodnie, delikatnie przekrzywiając głowę na bok, aby lepiej jej się przyjrzeć, nie wyglądało na to aby było to czyjąś sprawką.

tabletka na zgodę pisze...

Jednogodzinne drzemki przed wschodem słońca pozwalały chociaż na proste stanie na nogach w czasie zajęć, na resztę dnia Pearl zakopywała się pod kołdrą i odkrywała się tylko gdy potrzebowała swojej dziennej dawki nikotyny.
Problem nie leżał w chorobie, gdyż oprócz osłabienia z powodu rzadkich posiłków dziewczyna była całkowicie zdrowa. Ostatnio znów robiła postępy w posługiwaniu się swoją mocą, a co za tym szło, powoli przestawała czuć. Zamkmykała się w pokoju, a tam godzinami myślała o całym swoim życiu, o tym co z nią będzie. W niecałe dwie doby zapędziła się w taką depresję, iż zaczęła planować całe swoje życie, włącznie z przyszłym popełnieniem samobójstwa, nim zostanie warzywem.
Bliska szaleństwa wypadła z pokoju, zdecydowana, że nie usiedzi tak chwili dłużej, a psycholog w tej sprawie pomoże jej najbardziej. Nienawidziła się komukolwiek zwierzać, zwłaszcza obcym facetom-psychologom, nawet jeśli znali się na rzeczy.
Poczekalnia przed drzwiami zniechęcia ją jeszcze bardziej. Na jedym z krzeseł już ktoś siedział, ale Pearl nie potrafiła sobię odmówić zaatakowania drzwi. Zapukała, pociągnęła za klamkę, ale nie doczekała się odpowiedzi.
Z ciężkim westchnieniem zaplotła ręce na piersiach i spojrzała przez ramię na skuloną, jasnowłosą dziewczyną na krześle, która wyglądała jakby lada chwila miała spaść na ziemię i już nigdy nie wstać. Hm, może i Pearl nie wyglądała najlepiej, ale nie aż tak by obawiać się o swoje życie. Usiadła więc obok, nie mogąc pozbyś się wrażenia niezręcznej ciszy, zwłaszcza że dziewczyna ciągle prychała, kichała i ciągnęła nosem.
- Umm... Przepraszam, wszystko w porządku? - wyrzuciła w końcu z siebie, zerkając z troską na blondynkę.

Pearl

francuski piesek pisze...

Chwila, moment. Kim był Jack? I dlaczego ona uważa, że go zabiła? Powoli, spokojniej, bo Charles niczego nie rozumie.
- Ej! - mruknął, gdy zauważył, że dziewczyna ma w planach ucieczkę. Dopiero przyszła, była taka zadowolona, a teraz ucieka jakby zobaczyła śmierć? Może to coś nie tak z Francuzikiem? Zauważyła w jego oczach diabła, albo innego pierona? O, wiem! Przeraziła się jego wielkich stóp i dłoni. Bo on cały w ogóle taki wielki (chyba po sąsiadach). W końcu miał dobrą wymówkę, żeby zostawić tą resztkę tosta w spokoju. Poszedł za nią i kompletnie nie przejmował się spojrzeniami innych mutantów. Ani ona, ani on nie zrobili niczego, przez co mieliby przyciągać uwagę całej reszty.
- Poczekaj, do diaska! - krzyknął, próbując ją dogonić, ale te jej drobne nóżki przebierały tak szybko, że nawet się zorientował, gdy zniknęła mu z oczu.

[Wybacz, że tak krótko :C]

Charles

Bardzosmutnyczłowiek pisze...

- Widzę, że poczucie humoru cię nie opuszcza nawet w takiej sytuacji co? Mniejsza z tym. -
Podszedł do niej w miarę szybko. - Powoli, uspokój się, pomogę ci, coś niecoś się znam na pomocy w takich przypadkach. - Podczas gdy to mówił prawą ręką dotknął jej ramienia, a lewą podsunął trochę świeżego papieru pod nos, wyrzucając uprzednio stare poplamione kawałki w kierunku kosza.
- Oddychaj rytmicznie. zmniejszam teraz trochę temperaturę twojego ciała, spowolni to twoje krążenie, ale zatamuje przy okazji krwotok. Przy okazji nie zasłabniesz. - Nie wiedział czy przekonał dziewczynę do swojego planu, ale nie było sensu czekać na jej odpowiedź w takim stanie. Po chwili lewą ręką zaczął powoli pstrykać palcami żeby mogła skupić się na tempie w jakim ma oddychać.

cisza. pisze...

Lubiła korytarze o tej porze. Wręcz ubóstwiała. Tak bardzo różniły się od tych pomieszczeń, które z rana tętniły życiem i były pełne ludzi. Teraz pochłaniał je mrok i tylko od czasu do czasu blask księżyca wkradał się przez szyby, badając zakamarki budynku. Magia.
- To niezbyt fajnie - powiedziała, czując się już nieco lepiej. Chyba nawet przestało jej ciec z nosa. Cóż za ulga. - Mnie jest często zimno w dłonie. Chyba mam słabe krążenie, czy jakoś tak mama mi mówiła - uniosła kącik ust do góry, przypominając sobie rodzicielkę. Szybko jednak ucięła swoje rozmyślania. To była przeszłość, do której nie powinna wracać.
Zdziwiła się uwagą dziewczyny, której jasne włoski zapewne wyróżniały się z tłumu i były wyjątkowe.
- Dziękuję - skinęła lekko głową. - Twoje też są ładne, ale obstawiam, że coś się kryje pod tym ich wyglądem - wątpiła, że takie są naturalne. A może się myliła? Nie zawsze przecież jej przeczucia musiały się sprawdzać. - Od dawna jesteś w szkole? - spytała, skręcając w stronę kuchni. Już w oddali było widać duże, białe drzwi. Katherine miała tylko nadzieję, że nie były zamknięte. Nie miała ochoty wybierać się na wycieczkę po kluczyk, szczególnie, że już tak bardzo chciała napić się cieplutkiej herbatki z cytryną.

Katherine

tabletka na zgodę pisze...

Spojrzała na nią z lekkim uśmiechem błądzącym po twarzy. Fakt, pytanie było wybitnie głupie w takie sytuacji, ale co innego do głowy przychodziło widząc tak zmarnowaną dziewczynę? Po prostu aż się smutno robiło. A Pearl lubiła zajmować się innymi, wtedy z łatwością zapomninała o sobie.
- Masz rację, chociaż problemy z głową to mój najmniejszy problem. - westchnęła ciężko, po czym spojrzała na nią z rozbawieniem. - I wydaje mi się, że chyba potrzebujesz porządnych anybiotyków i wygrzania się w łóżku. - mimowolnie wyjęła paczkę papierowych chusteczek z kieszeni obszernej, prującej się już na rękawach bluzy i podała ją dziewczynie. Nie były całkowicie prawdziwe, ale to nie miało znaczenia dopóki działały tak jak powinny. Zawsze to lepsze niż sweter. - Masz, mi się raczej nie przydadzą.
Ze zrezygnowaniem spojrzała na drzwi i przypomniała sobie po co tu właściwie jest. Przynajmniej poznała nową osobę.
- Długo tu już siedzisz? - wskazała głową na drzwi do gabinetu psychologa. - Może gościa po prostu nie ma, bo wyszedł... Palisz? Poczekałybyśmy na zewnątrz, tam przynajmniej jest cieplej.

Pearl

cisza. pisze...

Katherine raczej miała nieco inną sytuację. Jej włosy, często spływały po ramionach lekkimi falami, nigdy nie dało się ich całkowicie wyprostować. Nie widywały, więc prostownicy, ponieważ i tak nie przyniosłoby to żadnego efektu. Włosy dziewczyny nie były też równo ścięte. Zawsze można było znaleźć kosmyk, który był nieco krótszy, czy dłuższy od innych. Jednak mimo wszystko, Kath je lubiła i już była do nich przyzwyczajona.
Słuchała jej z zaciekawieniem. U niej skutki używania mocy były nieco inne. Wiązała się z tym bezsenność i niekiedy rany na ciele. Katherine często też przesadzała, co prowadziło do chwilowego wyczerpania z powodu upływu sił.
Katherine do szkoły dołączyła niedawno. Nie zdążyła jeszcze nawiązać przyjaźni z innymi uczniami, a co dopiero mówić o miłości. Szczerze mówiąc, wątpiła w znalezienie tej drugiej w swoim przypadku, jednak nieszczególnie się tym przejmowała. Była jeszcze młoda, na znalezienie drugiej połówki czas się znajdzie. A jeśli nie, trudno, przynajmniej moc Kat nie skrzywdzi kolejnej bliskiej osoby w razie gdyby dziewczyna nie zdołała opanować jej dostatecznie dobrze.
- W pewnym stopniu Cię rozumiem - powiedziała z wesołym uśmiechem. - Czasem ma się wrażenie, że po przekroczeniu tych murów czas płynie w tylko sobie znanym tempie.
Otworzyła ostrożnie drzwi do kuchni. Wiedziała, że czasami się psują, a nie chciała robić niepotrzebnego zamieszania o tej porze. Przepuściła przodem Alę, po czym zamknęła za nimi delikatnie wejście.
- Zapal światło - powiedziała do dziewczyny, która stała obok włącznika. W tym pomieszczeniu nie miały co liczyć na światło księżyca z bardzo prostego powodu. Nie było tutaj okien. - Mam nadzieję, że nikt mi nie podebrał malinowej herbatki - oznajmiła wesołym tonem, podchodząc do jednej z szafek.
Jak na razie, jasnowłosa nie zrobiła niczego, co mogłoby jakoś odstraszyć Black. Katherine mało rzeczy umiało zrazić, dlatego nie dawała się szybko spławić. Starała się dojrzeć w ludziach coś więcej niż opinie innych na ich temat, czy otoczkę, którą niektórzy wokół siebie stworzyli.
- Podejdź tu i coś sobie wybierz - zachęciła dziewczynę, wyjmując kartonik z malinową herbatą. Nastawiła szybko wodę w czajniku i wyjęła kubki. Wrzuciła torebkę do jednego z nich (miał narysowanego słonika, co urzekło Kat) i usiadła sobie na krześle, opierając policzek o zimny blat szafki.

[Przepraszam za to coś u góry :c]
Katherine

francuski piesek pisze...

Gdyby nie krzyknęła do niego "wielkoludzie", pewnie w ogóle nie zorientowałby się, że to było do niego. Kurczę, dziewczyna wyglądała na zdenerwowaną. W końcu większość ludzi pali, kiedy mają podniesione ciśnienie. Czy tylko Charles nie łapał się nikotyny, a wyczarowywał sobie chmurki? W sumie to nie zależało od niego. Taki już efekt japońskiego prania mózgu.
- Dlaczego tak szybko uciekłaś? Powiedziałem coś nie tak? Zrobiłem coś nie tak? I kim jest/był Jack? - zadawał milion pytań na raz, próbując złapać jakikolwiek oddech. Biedaczek zmęczył się tą pogonią, niczym w tanim filmie akcji. Ale dał radę, nie? Znalazł ją, a raczej ona sama dała mu znak, że jest w pobliżu. Inaczej pewnie łaziłby po całej szkole i mamrotał coś po francusku, jaki to on kiepski w orientacji w terenie.

[Wybacz, że tak krótko, wybacz. :C]

Charles

Bardzosmutnyczłowiek pisze...

- Dobrze, widzę. Chyba już się trzymasz. Położę cię. - Jak powiedział, tak zrobił powoli opuścił jej ciało na podłogę i ułożył ją tak żeby całą leżała na podłodze, tylko głowę dziewczyny oparł na swoim kolanie.
- Teraz powoli dostaniesz ciepłem jeżeli, przesadzę to mów. nie chcemy cię upiec z drugiej strony, nie? - Uśmiechnął się niemrawo, żartowanie w takich sytuacjach przychodziło mu jakoś naturalnie, jednak nie śmieszyło to nawet jego. Szczególnie kiedy ktoś był w takim stanie jak ona. Energicznie klasnął w dłonie i mogłoby się wydawać, że przez ten moment jego dłonie zaczęły płonąć, to jednak tylko wytwór stężonego ciepła i jej łuna. Położył po chwili ręce na obojczykach Alicji rozprowadzając ciepło do jej płuc. To była najszybsza metoda rozgrzania kogoś, a jednocześnie nie wznowi tym od nowa krwotoku.

zawrót głowy. pisze...

Na jednej z półeczek znajdowało się naprawdę sporo gumowych piłeczek, czy tez plasteliny dla właśnie takich nerwusów. Brunetka sama od czasu do czasu lubiła potrzymać coś w dłoniach i pomiętolić. Po czasie stwierdziła nawet, że nieco ją to odprężało, choć czasami reakcja byłą zupełnie przeciwna i zaczynała się jeszcze bardziej denerwować. Niestety bądź stety panienka Viser nie należała do osób, które były spokojne i stonowane i czasami, choć bardzo stara się tego unikać, wybuchała w najmniej oczekiwanym momencie.
Wizyty jasnowłosej nie były wymysłem Amelie i pewnie gdyby miała na nie jakiś wpływ nie katowałaby tak dziewczyny, bo choć Alicia grzecznie przychodziła na dodatkowe zajęcia, to widać było, że wolałaby być w zupełnie innym miejscu. Brunetka starała się nie wnikać z jakich powodów przychodzenie do jej gabinetu jest istną katorgą, jednak w pewien sposób było jej z tego powodu przykro. Stała się, przygotowywała na każde zajęcia i nawet nie głupio mówiła, a jasnowłosa i tak miała minę jakby miała sobie zaraz rękę obciąć z nudy.
Amelie usiadła na rancie biurka i skrzyżowała swe ręce na piersi. Powolutku miałą tego wszystkiego dość. Nie krzywdziła Alici w żaden sposób więc dlaczego ta się tak zachowywała? Widać niektórzy już tak mają, ale nie istotne. Dziewczyna westchnęła w duchu i zagryzła wargę byleby się skupić i choćby odrobinę uspokoić. Na jej twarzy pojawił się mimowolny uśmiech, a ona biorąc do ręki swój ulubiony kubek upiła łyk, zimnej herbaty. Eliza bez większego zastanowienia zaczęła panoszyć się po burku swojej właścicielki by chwilę później pojawić się na kanapie koło dziewczyny i zacząć ją badawczo obserwować. Kotek Amelie należał do grupy: nie robię nic bez pozwolenia swojej pani, nie udam nieznajomym, a drapanie za uchem to najwspanialsze zajęcie.
- Dziś daję Ci wolną rękę. – powiedziała w końcu wzdychając, tym razem na głos. – Możesz wybrać co dziś będziemy robić.

Amelie.

Dobry Niemiec pisze...

[Winszuję za pomysł na postać i zapraszam do wątku :) Jeśli nie chcemy się bawić w coś banalnego i czekać, co z tego wyniknie, na ciebie zrzucam wymyślanie. Co do powiązania - nie przewiduję jakichś szczególnie silnych antagonizmów.]

~Rodion

cośtupowinnobyć pisze...

[och mój Boże! uwielbiam jak wchodzę na bloga i czeka na mnie tak świetnie rozpoczęty wątek! A i plus za sadystyczne wykorzystanie bólu ręki! XD]

Ból. Wszechogarniający ból. Greg zdążył już zapomnieć jak bardzo może boleć, bo w ostatnim czasie potrafił zapanować nad swoją mutacją. Gdy chodził postrzelać, udawało mu się przemienić tylko jedną rękę, przez co druga wciąż pozostawała unieruchomiona na temblaku. Dziś było jednak inaczej, dziś poszedł spać wcześniej i przez pół nocy dręczyły go koszmary. Nigdy wcześniej tak nie miał, bo nigdy wcześniej nie wracał pamięcią do laboratorium, w którym zrobili z niego dziwoląga. Teraz czuł i widział dokładnie to co wtedy. Japońskich naukowców, pochylonych nad nim jak nad wyjątkowo interesującą rzeczą. Białe, wręcz oślepiające światła. Czuł zimno, palący ból i ciągłą chęć śmierci. Greg chciał umrzeć, a zamiast tego stał się jednym z niewielu, którym udało się przeżyć. O ironio!
Obudził się gwałtownie, czując jak prawą rękę przeszywa ogromny ból. Przez chwilę zupełnie nie wiedział co się dzieje i dlaczego ktoś wali pięściami w jego drzwi. Na oślep sięgnął na szafkę nocną, na której zazwyczaj stało opakowanie silnych leków przeciwbólowych. Co prawda nic nie dawały, ale Greg miał tę świadomość, że zrobił wszystko co w jego pomocy by pomóc samemu sobie. Tym razem opakowanie było puste, więc jedynie rzucił nim o ścianę i prawie na czworaka przeszedł do drzwi. Był zlany potem i mocno zagryzał zęby, licząc że choć na chwile przestanie go boleć. Nacisnął klamkę i wyjrzał na korytarz, obrzucając wściekłym spojrzeniem piękną blondynkę, która najwyraźniej próbowała wejść do jego pokoju.
- Czego?! - warknął nieprzyjemnie czując, że za kilka chwil nogi odmówią mu posłuszeństwa.

greg.

cisza. pisze...

[Jest bardzo dobrze ;)]

- Faktycznie - dopiero teraz zwróciła na to uwagę. Wokół było cicho, jakby nic nie znajdowało się z nimi w tym pomieszczeniu. Dopiero po jakimś czasie skupienia, do Kat dotarło cichutkie buczenie lodówek i zamrażarki. - Trochę przerażająco - dodała nieco ciszej, rysując wzorki na blacie. Spodobały jej się te esy-floresy wykonane przez Alę, dlatego postanowiła stworzyć własne. Z wesołym uśmiechem rysowała kreseczki, plamki i inne tego typu drobiazgi.
Myśli Black nie zakrzątały raczej sceny z horrorów, w których nagle wyskakuje człowiek ze schowka z tasakiem. Jakiś kucharz, który postanowił się zbuntować, a że odkrył w sobie mutację, wreszcie nie czuje się gorszy od uczniów z darem. Jakby było czego zazdrościć. Każdy przecież odczuwał jakieś skutki uboczne, wynikające z korzystania ze swojej mocy.
Podniosła się z krzesła by zajrzeć do garnka. Mimowolnie na jej twarzy pojawił się grymas.
- Coś czuję, że jutro zrezygnuję ze stołówkowych usług - podrapała się po policzku, zostawiając na nim zaczerwieniony ślad po palcach.
Katherine czuła się swobodnie w towarzystwie jasnowłosej, więc nie szukała sposobów na rozluźnienie atmosfery. Po prostu zachowywała się tak, jak zawsze. No może była nieco spokojniejsza.
Kiedy woda się zagotowała, podeszła do czajnika, żeby po chwili zalać napój swój oraz dziewczyny. Momentalnie po pomieszczeniu rozniósł się przyjemny zapach.
- Och, to takie dobre dla mojej niewyspanej duszy - wymamrotała, biorąc kubek w dwie ręce. - Nie pamiętam, kiedy ostatni raz dobrze mi się spało - powiedziała, zajmując swoje poprzednie miejsce.

Katherine

cośtupowinnobyć pisze...

[bo to takie bardzo miłe, gdy nie ustala się z kimś konkretnego wątku a tu prosze, pojawia się coś tak dobrego bez zapowiedzi xD!]

Miejsce, w którym znajdował się od pewnego czasu, każdego dnia zaskakiwało go coraz bardziej. Pełne było ludzi, których aż strach spotkać było na ulicy. Ludzi takich jak on. Inny, dziwny. Odmieńców, których ludzie wytykali palcami na ulicach. Greg był jednak w całkiem dobrej sytuacji. Gdy jego ręka spokojnie spoczywała na temblaku, nikt nie mógł dostrzec komplikacji, które pozostawiły po sobie liczne eksperymenty w japońskim laboratorium. Jego prawa ręka prawie w całości pokryta była bliznami. Gdzieniegdzie wystawały kawałki metalu, który chował się pod skórę powoli i spędzał tam zaledwie chwilę, pozostawiając jego skórę wciąż zaognioną i pełną czerwonych, a momentami wręcz sinych miejsc. Nie pokazywał jej światu, bo sam nie mógł na nią patrzeć i wielokrotnie myślał o tym, by raz na zawsze pozbyć się problemu. Mógł przecież desperacko odciąć ją jakimś ostrym narzędziem, mógł poprosić któregoś z amerykańskich naukowców, by zajął się tym fachowo. Ale Greg miał ogromny problem z proszeniem kogokolwiek o pomoc, szczególnie gdy tym 'kimś', miał być człowiek w białym kitlu, tak podobny do tego, który zostawił go z tym czymś zamiast ręki. Blondynka nie czuła jednak obrzydzenia. Delikatnie muskała palcami jego skórę, przynosząc z każdym dotknięciem ulgę, której tak potrzebował. Nie wiedział kim jest, ani dlaczego przyszła akurat do niego, ale spojrzał na nią w niemym podziękowaniu, klnąc na siebie w duchu, że potraktował ją w taki a nie inny sposób, gdy tylko znalazła się w jego pokoju.
- Kim jesteś..? - zapytał w końcu uważnie obserwując jej delikatne rysy i jasne włosy, uparcie opadające na jej twarz.

greg.

Dobry Niemiec pisze...

[Możemy próbować pierwszą opcję, bo wylewanie różnych rzeczy kolarzy mi się z zamierzchłymi onetowskimi czasami, kiedy wszystkie problemy wątkowe rozwiązywało się w ten sposób :D Powinnam zacząć dzisiaj późniejszym wieczorem.]

~Rodion

cośtupowinnobyć pisze...

- Alicia... - powtórzył, wciąż nie odwracając od niej wzrok. Widział ją po raz pierwszy, choć prawda była taka, że ostatnimi czasy prawie w ogóle nie opuszczał swojego pokoju. Jedynie siedział na podłodze i wpatrywał się w ścianę, licząc że to cokolwiek pomoże. Nie wiedział na co przede wszystkim, nie wiedział po co, ale miał szczerą nadzieję, że wbijanie wzroku w jasna ścianę, w jakiś magiczny sposób pomoże na jego wszystkie problemy. Chłód powietrza powoli otrzeźwiał jego umysł. Nie był już zgięty w pół z bólu, nie miał ochoty zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Wziął głęboki oddech i znów spojrzał na bladą twarz dziewczyny, która z taką troska gładziła szorstką skórę na jego ręce. Przez chwilę poczuł obrzydzenie do samego siebie. Ktoś tak delikatny jak ta krucha blondynka nie powinien mieć kontaktu z czymś tak beznadziejnym jak jego ręka. Czasem nie wiedział nawet ją nazywać. Była co prawda w pełni sprawna, ale Greg nie umiał sobie nawet wyobrazić tego, ze ktokolwiek mógłby ją zobaczyć. Szybkim ruchem zgarnął więc temblak leżący na szafce nocnej i skrył w nim rękę, odwracając wzrok od dziewczyny. Zmarszczył lekko brwi i wzbił spojrzenie w ścianę przed sobą, wracając tym samym do pozycji z kilku ostatnich dni.
- Dziękuje. - mruknął jedynie pod nosem. Greg miał problemy z kontaktami międzyludzkimi, bo większości z ludzi po prostu nie lubił. Za to jak wyglądali albo jak się uśmiechali. On uśmiechał się rzadko, bo jak sam twierdził, niewiele jest na świecie rzeczy,, dla których warto się uśmiechać.

greg.

cośtupowinnobyć pisze...

- Nie, nie... Poczekaj. - powiedział szybko i wstał na równe nogi. Pomogła mu, a on potraktował ją jak każdego innego, a przecież nie była taka jak inni. Nie odwracała wzroku na jego widok, nie snuła wymyślnych historii dotyczących jego historii, nie wbijała natarczywego wzroku w jego rękę, szukając tym samym wyjaśnienia akademickiej zagadki. Całkiem po prostu mu pomogła, więc czuł się w obowiązku zaparzenia jej chociażby herbaty. Zwłaszcza, że wyglądała jakby miała zaraz zemdleć, a on nie chciał żeby przez niego lądowała na twardej, pokojowej podłodze. Szybkim ruchem zaścielił rozkopaną pościel i zaprosił ją gestem do tego by usiadła wygodnie.
- Zrobię ci herbaty, nie wyglądasz najlepiej. - powiedział z troską, której prawdopodobnie nikt się po nim nie spodziewał. Greg zazwyczaj martwił się jedynie o siebie, bo do reszty ludzi miał raczej podejście na zasadzie: idź i umrzyj, umilisz mi dzień. Gdyby powiedział o tym psychologowi, ten z pewnością stwierdziłby, że jest masochistą. Kto inny zamykałby się w budynku pełnym dziwnych ludzi?
- A może chcesz coś mocniejszego? - zapytał niepewnie – Chociaż nie, jesteś na to chyba za młoda... Zrobię herbaty – dodał, szybko włączając czajnik.

kiraj pisze...

[ A bardzo chętnie! Na wątek zawsze się ochota znajdzie. Alicia taka biedna, Blaise może się zaopiekować. Żal patrzeć, że taka chudzinka nawet nie ma jakiegoś własnego, prywatnego kaloryfera, w razie gdyby te grube swetry zawiodły. <: ]

Blaise Teddy Miller

kiraj pisze...

Blaise jak co dzień po zakończonych zajęciach siedział w swoim pokoju. Tam było spokojnie, ciemno i bezpiecznie. Drzwi były otwarte. Nie miał w zwyczaju się zamykać, jeżeli nigdzie nie wychodził ani nie spał. Co prawda kiedy drzwi skrzypnęły otwierając się, to drgnął lekko, ale to była jego jedyna reakcja.
Od razu poznał osóbkę, która wtargnęła do jego azylu. Te śnieżnobiałe włosy, blada cera, spierzchnięte wargi. Uśmiechnął się lekko, kiedy poczuł jak chudzinka się do niego tak po prostu przytula. Nie musieli nic mówić, rozumiał ją bez słów. Znów było jej zimno, ale wcale jej się nie dziwił. Gdyby był taki chudy jak ona, to pewnie też wiecznie czułby się jak mlecz wystawiony na wichurę.
- Ładny sweter, nowy? - spytał cicho. Dzisiaj chyba pierwszy raz od ich kilku spotkań raczył się odezwać. Lubił robić za jej prywatny kaloryfer. Miał jakieś zajęcie, czuł się przydatny i to było całkiem miłe uczucie. Objął ją opiekuńczo ramionami. Był od niej pięć lat młodszy, ale zachowywał się jakby był jej starszym bratem. Większość osób była tu od niego starszych, ale zdążył się już do tego przyzwyczaić. Ważne, że tolerowała jego obecność i nie bała się jego dotyku podczas kiedy innych jego widok przerażał i powodował dreszcze.

Blaise Teddy Miller

Anonimowy pisze...

[A dzień dobry i dziękuję :3 Właśnie po dodaniu zauważyłam, że mi się strasznie zepsuła jakość tego pierwszego zdjęcia, ale popracuje nad tym jak będę mieć chwilkę, bo póki co odczuwam dosłownie fizyczny ból na myśl o otworzeniu fotoszopa :D]

Maya

Anonimowy pisze...

[To raczej kwestia tego, że po prostu zdjęcie było strasznie rozmazane, a ja je próbowałam wyostrzyć no i wyszło jak wyszło, ale spróbuję znaleźć to samo foto tylko... mniej rozmazane, bo mi się wydawało, że mi gdzieś mignęło w internetach :D A wątek chętnie przygarnę <3 właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że Maya jako dziecko trzymane pod kloszem praktycznie całe swoje życie nigdy jeszcze nie widziała jak ktoś rysuje czy w ogóle cokolwiek tworzy i cała ta koncepcja jest dla niej póki co nieco abstrakcyjna, więc mogłaby być szczerze zafascynowana, gdyby zobaczyła Alicię z ołówkiem :)]

Maya

francuski piesek pisze...

Uważnie słuchał słów dziewczyny. Może rzeczywiście mówił za szybko? Sądząc po jej reakcji - na pewno. Ale spokojnie, spokojnie. Nie mogło być aż tak źle. Usiadł obok niej, nie spuszczając z niej oka. Dziwnie się czuł w tej całej sytuacji. Biedny nie miał zielonego pojęcia co robić i czy w ogóle coś robić. Aczkolwiek co poradzić, że białowłosa go tak zafascynowała. Szalone z niej stworzonko, ot co.
- Czekaj... Jack to kaktus? - potrząsnął głową, nie wierząc własnym uszom. To on był tylko rośliną? Charlesowi kamień spadł z serca. Z ulgą wypuścił powietrze z ust, a następnie oparł się o murek, nieszczęśliwie uderzając o niego głową.
- Jak? Człowieka? Phi, że niby tak myślałem? Proszę cię. W ogóle. - odparł zdesperowany, uśmiechając się nerwowo. Przecież nie przyzna jej się, że na serio myślał iż zabiła jakiegoś chłopaka o imieniu Jack.

Charles

cośtupowinnobyć pisze...

- Nie trzeba, co jak co ale w robieniu herbaty podobno jestem mistrzem.
Greg kompletnie nie znał się na gotowaniu i dziękował wszystkim bogom egipskim za to, że ktoś wymyślił czajnik elektryczny, w którym przypalenie wody było wręcz niemożliwe. Chociaż, Gregory był więcej niż pewien, że któregoś pięknego dnia dokona niemożliwego i to co z pozoru nie powinno się stać, zaistnieje. Krótko mówiąc, mężczyzna wiedział, że kiedyś przypali wodę w czajniku elektrycznym. Powinien wtedy dostać za to jakąś ciekawą nagrodę.
Odgonił od siebie myśli o najgłupszych rzeczach świata, po czym podał dziewczynie wielki kubek z herbatą. Po kilku chwilach głębokich rozmyślań zamknął okno i wyciągnął z szafy obszerną bluzę, w której co prawda Alicia prawdopodobnie mogła się utopić, ale która z pewnością stanowiła odpowiednią zaporę przed chłodem.
- Proszę. - mruknął pod nosem kładąc bluzę na łóżku, tuż obok dziewczyny. - Zmarzłaś...

kiraj pisze...

Blaise miał okropną słabość do takich kruszynek jak Alicia. Obojętnie jak oschłe czy niemiłe by dla niego nie były i tak za nimi przepadał. Nie za każdą wzdychał, bo jak do tej pory zadurzył się poważnie tylko w jednej dziewczynie (a ona już kogoś miała i złamała mu tym serce, chociaż on usilnie powtarzał sobie, że super-klej pomoże na wszystko, nawet na taki roztrzaskany organ) i starał się być wierny swoim uczuciom, chociażby zostały one odrzucone, ale wiele osób traktował jak młodsze rodzeństwo. Potrafił być troskliwy i opiekuńczy, a poza tym nigdy nie podniósł ręki na dziewczynę. Był wręcz idealnym przykładem na to, że nie każdy chłopak to skończony gnój. Mimo wszystko jak do tej pory nikt nie zainteresował się nim w ten sposób. Niemniej jednak nie tracił nadziei. W głębi serca wierzył, że kiedyś znajdzie się ktoś, kto może spojrzy na niego inaczej, niż przez pryzmat samego wyglądu. Póki co wiedział, że ma wiele czasu na snucie planów na przyszłość. Ma w końcu dopiero piętnaście lat.
Uśmiechnął się promiennie, kiedy poczuł ten zimny nos na swoim obojczyku. Przytulił ją do siebie w delikatny sposób, jakby bał się, że Alicia może ucierpieć, jeżeli zrobi to mocniej. Pogładził ją po plecach troskliwym gestem.
- Ty mi się w nim podobasz - oznajmił przyjacielskim tonem głosu. Nie podrywał jej; ostatnio nie czuł się nawet na siłach do tego, żeby dokończyć kilka swoich szkiców. Zaczął je robić jeszcze za czasów chodzenia do poprzedniej szkoły, a pomimo to nie umiał zabrać się za powrócenie do nich. Brakowało mu motywacji, chociaż w towarzystwie tej jasnowłosej panienki czuł się całkiem dobrze.
Nakrył ją granatowym kocem w gwiazdki, który przypominał trochę niebo nocą. Chyba właśnie ze względu na wzór Blaise postanowił go kupić. Poza tym był miękki w dotyku i dobrze utrzymywał ciepło.
- Zmęczona pewnie jesteś - stwierdził i nieświadomie postukał ją końcówką ogona w miejscu, gdzie pod kocem miała łydkę. Czasami nie panował nad takimi odruchami i wtedy jego ogon żył sobie swoim życiem. Na szczęście zazwyczaj jednak jakoś udawało mu się to kontrolować.

miły Blaise Teddy Miller

Anonimowy pisze...

Nocami wciąż nie potrafiła zasnąć. Niegdyś zupełnie nie miewała z tym problemów, bo treningi fundowane jej przez doktora Ainswortha bywały tak wyczerpujące, że na tych kilka godzin snu padała jak mucha. Wystarczyło jej cztery, w porywach do pięciu. Jej organizm regenerował się szybko nawet po morderczej dawce zmęczenia. Tymczasem w Recifle nie dość, że nie męczyła się aż tak bardzo, to jeszcze czasu, który mogła poświęcić na sen, posiadała aż zanadto. Uch, na dłuższą metę ten swoisty spadek produktywności ją męczył. Nic więc dziwnego, że lubiła wybierać się na nocne wycieczki. Nocą, kiedy wszystko było ciche i ciemniejsze o tych kilka tonów, czuła się nieco mniej pewnie, a to było dla niej czymś pozytywnym. Czymś, do czego była przyzwyczajona, bo pod okiem doktora Ainswortha niczego nie mogła się spodziewać, bo na każdym rogu czyhać mogła na nią jakaś pułapka czy konieczność podjęcia walki. Pod tym względem Recifle było całkowicie bezpieczne.
Tej nocy także wypuściła się na małą wycieczkę po zamkowych terenach, chcąc nieco rozprostować kości. Nie uszła jednak daleko, bo do jej wrażliwych uszu szybko doszedł dźwięk dziwnego stukania… Rozejrzała się wokół, bez problemów dostrzegając niezwykle jasną czuprynę odznaczającą się w tej ciemności. Fakt że zakradła się do niej od tyłu, praktycznie bezszelestnie był chyba skutkiem przyzwyczajeń, nawyków wyrabianych w sobie przez niemal całe życie. Szybko i cicho, ot na wszelki wypadek. Kiedy już znalazła się obok, zgrabnie i miękko wskoczyła na murek i z góry spojrzała na dziewczynę oraz coś, co znajdowało się na niej na kolanach. Zbiór kartek, a na tych kartkach wizerunek zamku tworzony przez ołówek znajdujący się w rękach dziewczyny. Po co? Dlaczego? Maya jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziała i dlatego, niemal zupełnie zapominając o ostrożności, wpatrywała się ze zdumieniem w czynności wykonywane przez siedzącą na murku postać.

Maya

Anonimowy pisze...

Czy jej się podobało? To było całkiem niezłe pytanie. Szczerze powiedziawszy, Maya nie miała bladego pojęcia, czy to, na co właśnie patrzyła, jej się podobało albo czy w ogóle wywoływało w niej jakiekolwiek uczucia. Wyglądało jak zdjęcie zamku w czerni i bieli, które dziewczyna wykonała samodzielnie, własnym ołówkiem w niewiadomym celu, po prostu. Nie widziała w tym przekazu i przede wszystkim nie widziała w tym sensu. Maya przyzwyczajona była do tego, że wszystko posiadało jakiś cel i do czegoś prowadziło lub czemuś służyło. Nawet tak zwana rozrywka nie była jedynie bezcelowym marnowaniem czasu, a prowadziła do chwilowego rozluźnienia mięśni służącego ich odpoczynkowi i do regeneracji wcześniej skupionych na intensywnej pracy logistycznej komórek mózgowych. Tymczasem to… ten zamek… Jaki cel miało czasochłonne, odręczne nanoszenie szczegółów na papier, kiedy znacznie szybsze i dokładniejsze efekty mogło przynieść uwiecznienie tego widoku (całkiem ładnego, to akurat musiała przyznać, patrząc na zamczysko skąpane w księżycowym blasku) na karcie pamięci aparatu fotograficznego?
- Dlaczego to robisz? – spytała, przekrzywiając lekko głowę i świdrując dziewczynę uważnym spojrzeniem. Może to miało jakiś związek z jej mocą? Może w ten sposób była w stanie zrobić cokolwiek z tym zamkiem, jakoś na niego wpłynąć? Maya widziała już różne dziwaczne przypadki umiejętności ludzi w tym zamku i wcale by jej to nie zdziwiło. Natomiast kogoś kto już ją trochę poznał nie powinno wcale dziwić, że nie zawracała sobie nawet głowy odpowiedzią.

Maya

kiraj pisze...

Blaise nie przepadał za przezwiskami jakie do niego przyczepiano. W poprzedniej szkole wysłuchał się ich naprawdę od groma, ale żadne nie było delikatne. Jaszczur, demon, żmija, dziwadło, obcy - rówieśnicy krzywdzili go swoją prawdomównością. Nie znalazł wśród nich chociaż jednej osoby, która spróbowałaby go nie postrzegać przez pryzmat nietypowego wyglądu. Przecież on tego nie chciał, nikogo o to nie prosił!
W zasadzie Alicia była jedyną osobą tutaj, jakiej pozwolił do siebie mówić na per "diabełek". Na początku czuł irytację z tego powodu, ale potem zrozumiał, że ona nie mówi tego, aby go zdenerwować. To po prostu takie zdrobnienie i tyle, starał się to traktować właśnie w taki sposób.
Teraz przyzwyczaił się już do komentarzy ludzi, a także do rogów i ogona, na oczy i język już praktycznie nie zwracał uwagi, a kości... cóż, póki nikt nie chciał go ciągnąć na rentgen to miał absolutny spokój w tej kwestii. Lekarze nieźle zdziwiliby się jednak, gdyby zauważyli, że ma czarny szkielet.
- Jak chcesz się zdrzemnąć, to śmiało... Zrobię ci więcej miejsca, żebyś się mogła wygodnie położyć, no i nie będziesz sama jak położysz się spać tutaj - mruknął, zarzucając swobodną propozycją. Kiedy usłyszał drugą część wypowiedzi dziewczyny, to posłał jej nieco zbity z tropu uśmiech. - Dlaczego miałabyś mi przeszkadzać? Dobrze wiesz, że najczęściej jak siedzę w pokoju to i tak się nudzę. Cieszę się, że w ogóle przyszłaś i mnie odwiedziłaś - mruknął, obejmując ją w talii.
Alicia z każdym dniem wydawała mu się być coraz chudsza i bardziej filigranowa. Owszem, lubił szczupłe dziewczyny, ale jej stan zaczynał go odrobinę martwić. Naprawdę uważał, że powinna przytyć, zacząć się dobrze odżywiać i więcej spać. Czuł za nią pewnego rodzaju dziwną odpowiedzialność, chociaż nie byli rodziną ani parą, to i tak najchętniej opiekowałby się nią jak młodszą siostrą której nigdy nie posiadał.

Blaise Teddy Miller

cisza. pisze...

Uśmiechnęła się, widząc oko powstające za udziałem palca dziewczyny. Postanowiła, że doda później do niego całą twarz, ale to później.
- Okaże się - tylko taka odpowiedź padła ze strony Katherine na stwierdzenie Ali. Powoli Kat zaczęła się domyślać, co może być mocą tej tajemniczej osóbki. Czuła się, jakby jej choroba niespodziewanie gdzieś zniknęła, a teraz jeszcze to zapewnienie. Nie nastawiała się jednak zbyt pozytywnie na to, że w końcu prześpi całą noc. Nadal zostawała jej nauka do jutrzejszego sprawdzianu, z którego powinna, a raczej musiała, dostać dobry stopień!
Upiła łyk ciepłej herbaty i z kubkiem przy ustach zaczęła przeszukiwać szafki. Jej nosek marszczył się z niezadowolenia, kiedy poszukiwania nie przynosiły żadnego efektu. W końcu jednak znalazła paczkę jakiś ciasteczek, które wyglądały smakowicie. Na dodatek w opakowaniu znalazły się różne rodzaje słodyczy.
- Mam! - odstawiła kubeczek ze słoniem na szafkę i wyjęła smakołyki. Zamknęła mebel jakby nigdy nic i ponownie usiadła na krzesełku, które już nieco straciło ze swojego wygrzanego ciepła. - Proszę bardzo - upiła nieco herbaty, po czym otworzyła paczuszkę i poczęstowała się ciastkiem. Zaczęła również dorysowywać twarz do oka, jak postanowiła wcześniej. - Jesteś chyba ode mnie starsza, prawda? - spytała, podnosząc wzrok znad rysunku na Alicię.

Katherine

francuski piesek pisze...

Cholera! Odgadła prawdę! Jak te kobiety to robią, że zawsze wyczują o co chodzi? Nawet kiedy byłby piekielnie dobrym aktorem i tak by się zorientowała, że pomyślał tak, jak nie powinien. W końcu to nie była jego wina, tylko tej bujnej wyobraźni i zbyt wielu horrorów oraz seriali detektywistycznych. Co poradzić, że takie się najlepiej ogląda. Gorzej, jeśli przyjdzie zetknąć się z czymś takim w realnym świecie.
- Nie, nie... No okej, masz rację. Myślałem po prostu, że to któryś z mutantów ci podpadł i to ja będę następny... Ach, moja głupota nie zna granic. Wybacz. Nie morduj mnie, czy coś w tym stylu. Jestem jeszcze za młody. - jęknął, łapiąc się za głowę, po czym zaśmiał się cicho pod nosem i odchrząknął. - Głupie żarty mnie cieszą. Wybacz jeszcze raz. - przeniósł wzrok na dziewczynę, unosząc jedną brew ku górze.

Charles

Anonimowy pisze...

[Dziękuję za powitanie!
Naprawdę nie zmieniłam tej mutacj? O.o Ale jestem strasznie zapominalska, więc oczywiście, że zapomniałam o tym :D Bo w pierwotnej wersji moja postać była III stopnia mutacji, ale w trakcie pisania mi się odwidziało. Eksperymenty tak fajnie brzmią! :D
Watek oczywiście bardzo chętnie! Teraz tylko muszę coś wymyslić. Chyba, że ty masz pomysły.]

Carrie

Anonimowy pisze...

[Niech będzie numerek 14 :D Tak troszkę dalej od reszty. I mogłabyś zacząć, bo ja początki zwsze kiepskie piszę]

Carrie

Mitch Lucker, the King. pisze...

[Naprawdę dziękuję c: Alicia to też dość ciekawa i oryginalna postać.]

Grimshaw.

Mitch Lucker, the King. pisze...

[*Chętna c: Oczywiście, chcę wątek, a stołówka... Cóż, Teddy ma takie dni, gdy próbuje coś w siebie wcisnąć, prawie zawsze bez efektów, lub po prostu ciągną go tam desery, za którymi przepada, więc myślę, że takie miejsce też może być.]

Grimshaw.

Mitch Lucker, the King. pisze...

Psycholog już od dłuższego czasu karmił mnie najprzeróżniejszymi papkami. Niektóre utrzymywały mnie przy życiu, i to właśnie dzięki nim codziennie miałem wystarczającą siłę, aby przeżyć okres jednej doby, skoro ostatnio normalne jedzenie zbliżyło się do moich ust jakiś tydzień temu; inne starały się z uporem zwiększyć mój apetyt, i raczej prawie nigdy nie działały. Z normalnym jedzeniem nie, jednak cały ten mój wstręt do produktów spożywczych miał jeden haczyk: uwielbiałem wszystko, co słodkie, oczywiście w granicach możliwości, i mogłem jeść to ile tylko chciałem, chociaż nie miałem z tego żadnych korzyści. Nie dodawało mi to siły, ani nie pozwalało przytyć. Cały mój organizm był jakiś dziwny, nie tylko ze względu na te psychiczne zdolności, wyostrzone zmysły czy na nie do końca dopracowaną kontrolę nad ogniem. Tego dnia miałem ochotę zjeść coś z deserów stołówki, jednak czułem się zdecydowanie słabiej, niż zwykle. Cudem dotarłem do odpowiedniego pomieszczenia – gdzie od razu uderzyła mnie ogromna ilość wszelakich zapachów, przez które miałem ochotę jak najprędzej uciec do łazienki – nałożyłem na swoją tacę jakiś przypadkowy deser i pozwoliłem aby moje wychudzone ciało opadło na krzesło przy jakimś przypadkowym stoliku. Spojrzałem na swój talerz, i cały apetyt wyparował. Czułem się zbyt słabo, a do tego wszystkie te wonie sprawiały, że niebezpiecznie zakręciło mi się w głowie, i najpewniej w takiej sytuacji od razu zwróciłbym to, co jadłem, gdybym w ogóle wcześniej cokolwiek zjadł. Wlepiłem wzrok w kawałek tortu czekoladowego z truskawką w czekoladzie na szczycie, starając się ignorować wszystko dookoła, i tylko dlatego nie zauważyłem, gdy ktoś usiadł przy moim stole. Dopiero gdy dotarł do mnie dość głośny jak na moje zmysły, kobiecy głos, spojrzałem na kruchą, chudą istotkę przede mną, która wyglądała tak, jakby dopiero co wyszła prosto z jakiegoś starego, czarno-białego filmu. Przeraziło mnie trochę to, że podczas obserwacji, ani razu jej powieki się nie przymknęły, jednak uznałem to za dość normalne w takim miejscu, jak to. Zafascynowała mnie jednak wyblakła barwa tęczówek oraz włosów istotki.
- Jedzenie raczej nie jest dla mnie – odparłem cicho, może nawet zbyt cicho, starając się odwzajemnić życzliwy uśmiech, który mi posłała. Pośród tych całych jasnych kolorów, barwa jej uśmiechu była jednak najjaśniejsza.
- Smacznego – dodałem po chwili, zauważając z jak wielkim smakiem zajadała swoje truskawki, po czym oparłem łokieć o stół, aby podeprzeć dłonią głowę, która tak jakby ciągle chciała mi opaść w dół.

Grimshaw.

Anonimowy pisze...

[Och, wszystko mi pasuje, spokojnie :D]

Siedziała w swojej celi, zimna, kamienna podłoga chłodziła jej ciało. Wsunęła kolana pod brodę i owinęła ręce wokół nóg, by się ogrzać. Otaczające ją gołe, metalowe ściany biły chłodem, nawet maleńkie posłanie z brudnego już siana nie nadawało temu miejscu cieplejszego wyglądu.
Usłyszała dźwięk klucza przekręcanego w zamku, metalowe drzwi otworzyły się. Do celi wkroczyło dwóch strażników w niebieskich strojach. Podeszli oni do dziewczyny i brutalnie podciągnęli w górę, łapiąc za brudne, zniszczone ubranie, jakie miała na sobie.
Wypchnęli ją za drzwi. Szła długimi korytarzami, mijała różnych naukowców, inne cele. Po kilku skrętach, na końcu jednego z korytarzy dostrzegła szklane drzwi. Za nimi widać było wielką, metalową maszynę i krzątających się wokół niej ludzi. Dziewczyna zamarła. Wszystkie jej mięśnie napięły się, miała ochotę uciec, ale strażnicy tylko wepchnęli ją do labolatorium.
Przywiązano ją do stołu lekarskiego. Nawet nie miała siły by się wyrwać. Naukowcy ze spokojem przesunęli maszynę, tak, by ustawiona była nad dziewczyną. Zamknęła oczy. Wiedziała, że będzie bolało, wiedziała, że kolejny eksperyment tylko pogorszy jej stan.
Ktoś włączył maszynę, usłyszała syczenie. Patrzyła z paniką na wielki, metalowy kolec zbliżający się do niej coraz bardziej...
Carrie krzyknęła, podrywając się z łóżka. Przez chwilę rozglądała się z niepokojem, ale gołe, metalowe ściany celi zniknęły, zastąpiły je błękitne tapety pomalowane w kolorowe zawijasy. Odetchnęła z ulgą, spróbowała się uspokoić, ale wspomnienia żyły w niej i nie dawały o sobie zapomnieć.
Carrie wstała i wyszła z pokoju. Nogi niosły ją same, tak często chodziła tymi korytarzami o zmroku. Zmierzała w stronę szklarni, do swoich jedynych sprzymierzeńców - kwiatów.
Nim się obejrzała, była już w szklanym pomieszczeniu, zapach kwiatów orzeźwił ją, gdy mocno wciągnęła powietrze w płuca. Uśmiechnęła się do samej siebie i podeszła do jednego z kwiatów. Wystarczyło, by dotknęła go koniuszkami palców, a już zaczynał rosnąć na jej oczach.
Potrafiła robić to godzinami. Siedzieć wśród kwiatów i opiekować się nimi. Tak było i tym razem. Nawet nie czuła upływu czasu. Po prostu podchodziła od grządki do grządki, szepcząc parę słówek do kwiatów.
Nie spostrzegła, gdy ktoś wszedł do szklarni. Bardziej wyczuła obecność tej osoby. Jej mięśnie napięły się, mózg przygotował się do obrony przed napastnikiem. Carrie kątem oka zerknęła w stronę wejścia. Stała tam jakaś drobna dziewczyna w za dużej bluzie. Coś jej mówiło, że nie stanowi ona zagrożenia.
Carrie wstała i otrzepała dłonie.
- Rzadko kiedy ktoś odwiedza moją szklarnię - powiedziała cicho.

Carrie

Rukia pisze...

[ Aż trudno nie kochać takiej śnieżynki :) Taki układ mi odpowiada. Hm...Declan jest bardzo głośny, więc może trochę poprzeszkadzać Alici (nie wiem jak się odmienia) w bibliotece. Mogą przez to oboje zostać wywaleni, a dziewczyna będzie zła na Declana bo chce odrobinę spokoju.]

Declan Ward

Anonimowy pisze...

Kwiaty poruszały się lekko, gdy ona stąpała po ziemi. Wdychała ich piękny aromat, uśmiechała się do nich.
- Wcale mi nie przeszkadzasz – powiedziała cicho do dziewczyny. Spojrzała na jej zmęczoną twarz, podkrążone oczy i ciężko zwisające ramiona. Tak musi wyglądać osoba zmęczona samym życiem – pomyślała Carrie, a w jej głowie zaczęły kształtować się pytania jaką moc dziewczyna ta posiada.
Blondynka przyglądała się jej podejrzliwie, jakby to co robiła było złe. Pod tym spojrzeniem Carrie poczuła się jakby znowu znalazła się w Strefie 51, gdzie niektórzy naukowcy tak właśnie na nią patrzyli, gdy zawaliła któryś z testów.
- Często tutaj przychodzę o takich porach – powiedziała ogrodniczka, odsuwając od siebie myśli o eksperymentach. – Wtedy wiem, że nic mi nie przeszkodzi.
Uśmiechnęła się delikatnie.
- Dlatego zdziwiło mnie, że ktoś tu zajrzał – powiedziała i dotknęła kolejnego kwiatu, który momentalnie zaczął kołysać się na boki.
- Masz rację – szepnęła. – Bo one tańczą do muzyki, które tylko one mogą usłyszeć – dodała cichutko. Często mówiła takie rzeczy. Takie, których inni nie rozumieli. Bo ona miała własny język, porozumiewała się nim z roślinami, wiedziała co one czują.
Wyprostowała się.
- Myślałam, że wszyscy uczniowie śpią o tej porze – powiedziała i spojrzała na dziewczynę pytająco, a jej wzrok mówił „Czemu nie śpisz w tę deszczową noc?”.

Carrie

Mitch Lucker, the King. pisze...

Podczas gdy słodki, mocny zapach truskawek docierał do moich nozdrzy, dziewczyna parę razy uderzyła mnie w nogę, jednak czułem się zbyt beznadziejnie, aby zwrócić na to uwagę. Po prostu uśmiechałem się do niej delikatnie, blado, za każdym razem gdy wyciągała z siebie ciche dla innych 'przepraszam', tykając co chwilę widelcem mój kawałek słodyczy, który jeszcze miałem, nietknięty, na talerzu. Wysłuchałem to, co mi powiedziała dość poważnym tonem, nie podnosząc na nią wzroku, jednak jej słowa może trochę podniosły mnie na duchu. Dzięki nim zrozumiałem, że ona wiedziała co czułem, i że nie chodziło tutaj o brak głodu, tylko o całkowity niesmak i odrzucenie od jedzenia. Dopiero teraz pomyślałem, że musiałem głupio wyglądać mając na tacy jedynie deser, jednak nie przejąłem się tym. Wmówiłem sobie, że aby lepiej się poczuć, musiałem zjeść chociaż jedną czwartą kawałka tego tortu, i z trudem wbiłem widelec w ciasto, aby oderwać od całości jeden kawałek. Może komuś innemu obecność nieznajomej przy własnym stole przeszkadzałaby, ale ja uważałem ją za dość sympatyczne towarzystwo. Cóż, znałem ją od mniej niż pięciu minut, a już zdążyłem stwierdzić, że była sympatyczna. Często zbyt prędko oceniałem ludzi, a później mnie zawodzili, ale w sumie byłem jedynie nieświadomym świata dzieckiem. Wsunąłem jeden kawałek do ust i starałem się go przełknąć, kiedy dziewczyna wysunęła się w moją stronę, aby następnie zacząć coś szeptać. Wysłuchałem to, co miała mi do powiedzenia, i przez chwilę po prostu siedziałem tam, także pochylony nieco nad stołem, mierząc ją uważnie wzrokiem i starając się zrozumieć, co siedziało w tej główce otoczonej śnieżnobiałymi kosmykami włosów. Szukanie odpowiedzi w jej myślach wydawało mi się zbyt chamskie, więc zdecydowałem się zadać pytanie.
- Jack? - zacząłem od tego, gdyż uznałem, że to była najbardziej bezpieczna rzecz, o którą mogłem zapytać. Wbiłem w nią swoje czekoladowe oczy, biorąc do ust drugi, maluteńki kawałek ciasta, jednak dziewczyna wydawała się już w innym świecie. Jakby jej myśli przeskakiwały z kwiatka na kwiatek w przerażająco szybkim tempie, którego nie mogłem dogonić. Zmarszczyłem niezauważalnie brwi, jednak tylko na chwilę: tyle, ile mi wystarczyło, aby znaleźć wytłumaczenie na to wszystko w jej myślach. I nie szukałem dalej, bo z reguły nie lubiłem naruszać czyjejś prywatności. Mimo tego, przez ten krótki czas pobytu w jej umyśle, zdążyłem zauważyć nie małe zamieszanie w nim. A następnie to jedno, wypełnione zmartwieniem słowo, wypowiedziane dość cicho.
- Wszystko dobrze? - zapytałem po raz drugi, mając nadzieję, że tym razem dziewczyna sama wyciągnęłaby z siebie odpowiedź, i nie zmuszałaby mnie do tego, abym musiał tworzyć swoje teorie i potwierdzać je na podstawie jej myśli. I kolejny kawałek ciasta do ust.

Grimshaw.

francuski piesek pisze...

Jej słowa trochę wybiły go z rytmu. Psychopata, który goni ludzi z piłą mechaniczną, aby ich pokroić, usmażyć i zjeść. Niezbyt ciekawie to brzmiało. Tym bardziej chłopak miał większą pewność, że tej nocy nawiedzą go interesujące koszmary, ot co. Cieszył się jednak z wiadomości o tym, iż dziewczyna raczej do morderców nie należała.
- Łoh, czyli jestem ocalony? - szepnął cicho, po czym zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową. - Nie ważne. - dodał, zabawnie machając rękoma. Czasami, w zależności od sytuacji, trochę mu odbijało. Nie miał zielonego pojęcia, jak powinien się zachować i kiedy schować swoje kiepskie żarty do kieszeni.
Szybko poderwał się ze swoich czterech liter, słysząc słowa białowłosej.
- Mam nadzieję, że Jack jest miłym kaktusem i nie atakuje nieznajomych... - powiedział cicho z lekką konsternacją w głosie, przenosząc wzrok na dziewczynę. - A tak w ogóle, to jestem Charles. Wybacz, zapomniałem z tego wszystkiego się przedstawić. - wywrócił teatralnie oczyma, wzdychając ciężko. Czasami dochodził do wniosku, że gubi się we własnych myślach.

Charles

Anonimowy pisze...

[Strasznie Cię przepraszam za zwłokę! Ostatnio zupełnie nie miałam weny na Mayę :c]

Stanie na murku nad dziewczyną nie należało do szczególnie wygodnych, więc zgrabnie przysiadła obok niej, wciąż nie przejmując się tym, że takie zerkanie komuś przez ramię może być cokolwiek irytujące. Niestety przez większość swojego życia Maya nie miała okazji do spotkań towarzyskich z wieloma ludźmi… nie miała okazji do właściwie jakichkolwiek spotkań z wieloma ludźmi, bo trzymana była pod kloszem, a jej egzystencja musiała pozostawać ściśle strzeżoną tajemnicą, więc nie wykształciła w sobie podstawowych umiejętności społecznych, na przykład koegzystowania z drugim człowiekiem. Nie wiedziała, co wolno, czego nie wolno, co drażni, a co jest dozwolone i siłą rzeczy bez takiej wiedzy nawet nie zawracała sobie takimi sprawami głowy i robiła to, na co w danym momencie miała ochotę, o ile nie zagrażało to jej własnemu bezpieczeństwu. Wprawdzie zdołała się już przekonać, że w tym miejscu, w tym zamku nawet najbardziej niewinnie wyglądająca istota (a białowłosa wyglądała na najbardziej niewinną osobę świata) może być śmiertelną bronią gotową do ataku w każdym momencie – jawnego lub z zaskoczenia, jednak ona nie sprawiała wrażenia takiej, która mogłaby zaraz zaatakować. Na wszelki wypadek trzymała swoje instynkty na wodzy, jednak to nie przeszkadzało jej w żaden sposób w nawiązaniu kontaktu.
- To coś, co… potrafisz? – zagadnęła, wbijając w nią swoje przenikliwe spojrzenie. Może potem używała tego rysunku w jakimś celu? Potrafiła przez niego przeniknąć do wnętrza zamku albo nanosząc na nim poprawi nanieść je też w rzeczywistej bryle budynku? – To taki supertalent? Coś z tym potem zrobisz? – pytała dalej, chcąc… potrzebując otrzymać odpowiedzi na palące ją pytania. Póki co nie mieściło jej się w głowie, że mogła to robić… Tak po prostu…

Maya

Janith pisze...

[Jednak osobno się pisze, ale nic się nie stało. Zdjęcie z DA, ale rozczarować muszę, NIE z mojego profilu, kogoś innego. Mogę zacząć wątek, chociaż nie ręczę, co z tego wyjdzie, nadal mam mózg otępiały od Freedroida RPG, więc różnie może być...]

Janith nie była pewna, czy tylko ona to dostrzegała, ale miała wrażenie, że zewnętrzne ściany zamku stają się coraz gładsze. A nawet jeśli ktoś jeszcze to widział, chyba tylko ją ów fakt denerwował. Miała irytujące wrażenie, że z upływem dni coraz trudniej wbić pazury w mur.
Zaśmiała się w duchu, przesuwając dłonią wzdłuż ściany, szukając punktu zaczepienia. Jeszcze rok wcześniej używała tej drogi, aby niepostrzeżenie wymykać się nocą z pokoju. Nie była pewna, czy naprawdę nikt jej wtedy nie widział, nie miała też powodów, aby uciekać z tej placówki. Miała przyjemność w samym fakcie dokonywania czegoś, co raczej nie spotkałoby się z aprobatą innych.
Janith odetchnęła głeboko i odbiła się od ziemi, z rozbawieniem myśląc, że w tym momencie jej zadania polega na czymś zgoła innym. Ale ostatecznie nie musiała bez przerwy stać na baczność przy ciężkich wrotach, w końcu jej funkcja była czysto formalna, nikt nie oczekiwał prób napadu czy włamania każdej nocy.
Wspięła się kilka etrów w górę, znów głęboko odetchnęła chłodnym nocnym powietrzem. Ciszę wokół zakłócały tylko odgłosy owadów. Janith kochała ten spokój.
Kolejne ruchy, kolejne centymetry ściany. Po prawej stronie miała parapet, podparła na nim stopę. Sięgnęła ręką nad głowę, spróbowała wbić pazury w mur i podciągnąć się jeszcze wyżej...
Błąd. Coś było nie tak, wcześniej ta szczelina musiała być głębsza. Janith poczuła, jak traci punkt podparcia, ściana wymknęła się spod palców, świat nagle zawirował.
Myślała, że spadnie, próbowała zmienić pozycję, wylądować w przysiadzie. Nie dać zwyciężyć panice, opanować sytuację. Jednak nic z tego, coś trzymało ją za nogę, nogawka spodni musiała zawadzić o parapet. Dziewczyna zwisła nagle w szalenie niewygodnej pozycji, głową w dół, bujając się obok okna ktregoś z pokojów.
-Do diabła - zaklęła pod nosem, zła na samą siebie. Nienawidziła takich sytuacji, kiedy doświadczenie zdobyte w cyrku i podczas tych kilku lat edukacji okazywało się bezużyteczne.
Przez chwilę rozważała próbę wyszarpnięcia się, potem rozpięcia paska i uwolnienia się ze spodni. Ostatecznie wybrała rozwiązanie zdecydowanie najprostsze, zwyczajnie zapukała do okna, z nadzieją, że lokator pokoju ją usłyszy. Miała nadzieję, że nie przerazi zbytnio któregoś wyrwanego ze snu ucznia.

[Mam nadzieję, że nie jest tak źle.]

Heckins pisze...

[O proszę kogo tu widać :D Co powiesz na jakiś wątek? ;>]

Isobell

Janith pisze...

Janith wydała z siebie głośne westchnienie ulgi.
-Bogu dzięki -jęknęła, sięgając rękami przez otwarte okno w głąb pokoju. Chwyciła za jakąś krawędź, najprawdopodobniej wewnętrzny parapet i mocno pociągnęła. Coś nad nią trzasnęło, nogawka dżinsów rozdarła się i dziewczyna nagle poczuła, jak środek ciężkości jej ciała gwałtownie się przemieszcza. Zdążyła do połowy wczołgać się do wnętrza, zanim uderzyłaby ciałem o ścianę i, być może, poszybowała w dół.
-Dziękuję - westchnęła z prawdziwą wdzięcznością - Najmocniej przepraszam za zakłócanie spokoju.
Spojrzała na dziewczynę, bladą, dosłownie białą, która w pewnych okolicznościach mogłaby uchodzić nawet za ducha. Janith do tych strachliwych nie należała, poza tym doświadczenie podpowiadało jej, jak wygląda prawda. Mutacja. Dość charakterystyczna zresztą.
-Alicia? -spytała niepewnie. To nie był jej rocznik, chociaż pamiętała jeszcze tę uczennicę, która pojawiała się na zajęciach raczej rzadko, właściwie częściej pozostając nieobecna.
Zdała sobie sprawę, że jej dolna połowa ciała nadal znajduje się na zewnątrz, wczołgała się do końca i oparła o ścianę. Czuła się niezręcznie, nie do końca wiedziała, jak wytłumaczyć tę niecodzienną sytuację i swoją obecność na ścianie zamku. Przecież powinna wreszcie z tego wyrosnąć, chociaż ten nałóg był u niej wyjątkowo silny, niemal nieuleczalny...

YourFuckingSunshine pisze...

[Och no... chyba Jose nie jest aż taki straszny, przynajmniej w moim mniemaniu.]

Jose

YourFuckingSunshine pisze...

[To ja jestem chora na umyśle, bo mnie się on bardzo podoba.]

Jose

Janith pisze...

Janith stała bliżej, sięgnęła ponad ramionami Alicii i zamknęła okno. Skrzywiła się, widząc swoje ręce i schowała pazury.
-Jeszcze pół roku temu miałam zaszczyt uczęszczać na zajęcia- pwoeidziała z uśmiechem -Janith Vi Su, wyższy rocznik.
Jeżeli Alicia myślała, że jej włosy prezentują się okropnie, to co mogłaby powiedzieć Janith, po zwisaniu głową w dół? Domyślała się, że nie wygląda w tym momencie najlepiej.
-Naprawdę przykro mi, że musiałam sprawić kłopot- powiedziała skruszona. Nie wiedziała, czego wstydzi się bardziej, tego, że jej zręczność ją zawiodła, tego, że musiała obudzić Alicię, czy tego, że jej porażka miała świadka. Wszystko to było równie nieprzyjemne.
-Ta ściana była już trochę zbyt gładka, ma już swoje lata...
Czuła na sobie wzrok tamtej, dziwnie się z tym czuła. Pomyślała o ogonie, ze zdenerwoania uderzała nim w ścinę i własne łydki, teraz spróbowała przestać. Chwyciła ręką jego koniec, próbując się uspokoić. W końcu może nie było tak źle, upadając na trawnik pod oknami obudziłaby jeszcze więcej osób. A tego zdecydowanie sobie nie życzyła.
-Jeśli chcesz, mogę stąd sobie pójść i nie przeszkadzać.
Widziała, że tamta wygląda na zmęczoną. Nie dziwiła się temu właściwie, miały w końcu środek nocy a nikt chyba nie prezentuje się dobrze, nieoczekiwanie wyrwany ze snu. Jednak Alicia wyglądała znacznie gorzej niż wynikałoby to z przerwanego teraz odpoczynku, Janith miała poważne obawy, czy tamta w każdej chwili nie upadnie. Nie rzucała się jeszcze na ratunek, nie wyciągała ramion, ale wolała zachować czujność.

Heckins pisze...

[O jejaś powiem ci, że ciężko będzie bo już głowa mi pęka a i tak nic dobrego nie wymyślę :c A jak cię poproszę o pomysł i zacznę to byś się zgodziła na taki układ ? :)]

Isobell

Janith pisze...

Janith podświadomie odetchnęła z ulgą. Naprawdę wolała nie zostawiać tamtej samej, przynajmniej nie teraz.
-Na zdrowie- powiedziała z pogodnym uśmiechem. Prawie się opanowała, zdenerwowanie szybko mijało.
Usiadła na łóżku po przeciwnej stronie pokoju.
Nikt inny tu nie mieszkał, jak zdała sobie sprawę. Wyraźnie zajęta była tylko część pokoju, chociaż Janith nie znała dokładnych przyczyn takiego stanu rzeczy.
-Dziękuję -odpowiedziała na komplement. Teraz położyła ogon na kolanach, trzymając go ręką przed miejscem, w którym zaczynał się pędzelek z sierści jak u lwa. Czasami Janith żałowała, że natura nie dała jej czegoś więcej z lwicy...
-Jakieś problemy z zasypianiem?- zagadnęła. Jakiś zwierzęcy instynk podpowiadał jej, że coś trawi tamtą od środka, chociaż zewnętrzne objawy na razie przypominały osłabienie albo anemię. A problemy ze snem jej samej nie były obce, zwłaszcza, od kiedy legalnie i z aprobatą władz szkoły spędzała noce poza swoim pokojem. Nie mogła jeszcze całkowicie przejść na bliższy jej naturze nocny tryb życia, trwała jeszcze gdzieś pomiędzy, stąd jej organizm był nadal lekko zdezorientowany.

[Pisałam już, że szalenie podoba mi się koncepcja mocy Twojej postaci? Jeśli nie, powiem to teraz.]

Unknown pisze...

[ Zięć Bry :)
Na wąteczek jestem bardzo chętna, choć, jak pisałam w karcie, nie nadaję się do zaczynania. Więc jakbyś zaczęła...
Moja postać udana? Nie. W głowie miał być zupełnie inny, ale cóż... Nie wyszło- jak zawsze z resztą.]

Janith pisze...

Janith ze zrozumieniem pokiwała głową. Sama nie miała podobnych problemów, ale nie mogła być pewna, czy bez tej pewności siebie, jaką w nocy dawały jej kocie zmysły, także nie bałaby się nieznanego zagrożenia przyczajonego w mroku.
O sposobie, w jaki Alicia postrzegała Śmierć nie mogła wiedzieć. Jako dziecko bała się może trochę stworów z opowieści starszych, dawno z tego wyrosła i właściwie nie przypuszczała, żeby gdzieś w pobliżu czaiło się coś wykraczające poza znany, dostępny zmysłom fizyczny świat.
Widząc, jak lokatorka pokoju zmierza ku swojemu kuchennemu kącikowi, pociągnęła nosem i zaczęła węszyć.
Stop, przykazała sobie w myślach, chociaż to było silniejsze od niej. Nic nie mogła poradzić na to, że uwielbiała słodycze. Gdyby nie wysiłek towarzyszący jej każdego dnia, kiedy jeszcze pracowała w cyrku, już jako dziecko miałaby problem z poważną nadwagą.
-Co rozumiesz pod pojęciem "coś słodkiego"? -spytała, mimowolnie podnosząc się z miejsca.
Stop, pisnął jakiś głosik w jej głowie. Janith zwyczajnie go zignorowała.
Już stała tuż obok Alicii, ramię w ramię, ogonem uderzała o łydki własne i lokatorki pokoju.

Heckins pisze...

Bell nie mogła siedzieć w zamknięciu bo jej po prostu odbijało, dziewczyna wariowała gdy miała siedzieć na jednym miejscu. To, że wymknęła się w śroku nocy w cale nie powinno być niczym nowym wśród jej otoczenia i nikt dłużej już się temu nie dziwił.
Noc była spokojna, ani jednej chmurki na niebie tylko pełno gwiazd. Ubrana w czarną kieckę Bell ruszyła w stronę ogrodzenia skąd chciała się wydostać i ruszyć do miasta. Sądziła, że na terenie nikogo nie ma i na pewno nikt jej nie przyłapie, miała już dosyć tego przetrzymywania na terenie szkoły po prostu musiała się zabawić.

Isobell

Unknown pisze...

[ O! Jest ciekawie, nie powiem... Tylko kurde, przed czym on ucieka no... Okej, wysilamy szare komórki przy tej brzydkiej pogodzie :D]

Stwierdzenie, że czuje się zaniepokojony byłoby niedopowiedzeniem. Sporym. Jasne, był empatą, ale tylko wtedy, gdy kogoś dotknął. Dotknął, do cholery, a nie przebywał w jednym budynku! Całe to przebywanie w tym zamczysku źle działało na jego pseudo zdolności. Ekspres do kawy w stołówce wybuchł już trzy razy, gdy chciał uzupełnić kofeinę, telewizor w świetlicy dosłownie mrugał do niego, a światła włączały się i wyłączały, gdy tylko miały na to ochotę. Albo to opanuje, albo się wyniesie.

Nauczyciele twierdzili, że to wszystko wina stresu związanego ze zmianą miejsca. Że nigdy nie był pośród jemu podobnym, że nie uczył się jak to wszystko opanować wraz z innymi. I przy innych. Że po raz pierwszy czuł się jakby był na miejscu.

Ale nie. Teraz miał po prostu dość. Biegł korytarzami, co chwilę skręcając, zatrzymując się i cofając, szukając tego jednego miejsce, tej osoby, która przesyłała całą tą gamę bólu i paniki. Strachu tak obezwładniającego, że Dante sam miał ochotę paść na ziemię i skulić się w sobie.

Kiedy powiedział nauczycielom co czuje, ci odpowiedzieli tylko jedno: Szukaj. Skoro ktoś przesyła to akurat jemu, to znaczy, że powinien zdać się na siebie, że sobie poradzi. Na wszelki wypadek przypomnieli mu gdzie znajduje się lekarz i że użycie swoich zdolności będzie wskazane, jeżeli będzie wiedział co robić.

Był już blisko, niemal czuł zapach krwi, gdy ktoś zaszedł mu drogę. Nie słyszał co mówiła do niego dziewczyna, wszystko zlało się w jedną, wielką czerwoną plamę- plamę krwi. I jego zdolności miały tu pomóc? Niby jak? Miał porazić dziewczynę prądem, czy może zabrać jej resztki energii? A może...

Rozejrzał się pośpiesznie po ścianach w poszukiwaniu gniazdka, a gdy już go odnalazł, przysunął do niego dłoń i wchłonął część. Następnie wrócił do dziewczyny, położył dłoń na ramieniu i skoncentrował się, zamykając oczy. Cicho. Odepchnąć na bok ból i panikę, schować wspomnienia do jej umysłu, odgrodzić się i szukać. Rdzeń, musi tu gdzieś być!

I był. Delikatna wiązka nerwów. Coś jak niedokończona serwetka, robiona na szydełku, schowana głęboko w ciele każdego człowieka. Tchną w nią powoli energię, tylko tyle, by dziewczyna miała siły by dojść do infirmerii i powiedzieć mu co dalej ma robić. W coś takiego bawił się tylko raz, kiedy przypadkiem poraził pewnego miłego staruszka, gdzieś na Brooklynie. Niemal go wtedy zabił...

W końcu odsunął się dwa kroki i spojrzał na nią. Adrenalina towarzysząca transfuzji energii powinna trochę stłumić ból, ale nie wiedział już co ma sądzić. Niewiele rzeczy było dla niego jasne, jeżeli chodziło o jego zdolności. Był niemal chodzącym akumulatorem.

- Mów. Kto cię tak urządził? - cóż, lepiej wiedzieć, kogo unikać, prawda? Skoro ktoś doprowadził tą dziewczynę do tego stanu, to on nie chciał stanąć na drodze tego kogoś.

[ spieprzyłam?]

Janith pisze...

Janith pociągnęła nosem, z lubością witając znajome zapachy. Ach, czekolada! Ktoś mądrzejszy od niej wiele lat temu powiedział, że to najlepszy przyjaciel kobiety, może poza diamentami...
Wzięła niepewnie jedno z ciasteczek, z lekkim wahaniem skosztowała.
-Pewnie dlatego znalazłam się tutaj -mruknęła. Tak, była na siebie zła, że nie potrafi nigdy zwyciężyć swoich zachcianek.
-Znów utyłam, to i wspinać się trudniej.
Jednak nie mogła się powstrzymać pod sięgnięciem po kolejne ciasteczko. Przeklęte łakomstwo...
Nie mogło jej umknąć, że cały ten zgromadzony zapas wyglądał na ledwie tknięty, jakby właścicielka nie miała apetytu. Znów spojrzała na Alicię podejrzliwie, spróbowała dopasować objawy do którejś ze znanych jej chorób. Bezskutecznie. Raczej nie dowie się nic ponad to, co tamta sama zechce jej wyjawić, Janith nie zamierzała naciskać.
Słysząc jej nieśmiałe pytanie, uśmiechnęła się.
-Jeśli chcesz, to czemu nie?
Uniosła ogon na taką wysokość, aby człowiek średniego wzrostu mógł sięgnąć do końcówki bez schylania się. Nie miała nic przeciwko, w dzieciństwie podobne sytuacje zdarzały jej się często, chyba każdy z cyrkowców chociaż raz miał ochotę dotknąć jej ogona. Nieznane, odmienne zawsze budziło zainteresowanie i przykuwało uwagę.

Unknown pisze...

[Sorry, ale wczoraj siedziałam w pociągu i dopiero teraz mam chwilę żeby odpisać.
Podołaniem się nie martw- tylko ja mam nie po kolei w głowie i piszę takie długie cosie :D
Eee... Szczerze mówiąc nie mam weny do pisania i nie mam pojęcia jak beznadziejnie to wyjdzie. Ale Hej! damy radę, prawda?]

Zimno. Dante czuł się tak, jakby znalazł się nagle na środku lodowce i sam powoli, acz sukcesywnie się zamieniał w sopelek. Miał wrażenie, że coś jest nie tak, że wszystkie te uczucia nie należą do niego, ale przecież nie dotykał tej dziewczyny i nie mógł załapać nawet odrobiny jej emocji.

Powoli wszystko wirowało, dlatego też usiadł obok niej i westchnął. Ludzie? No cóż, skoro ona nie chciała o tym mówić, kim on był by ją do tego zmuszać? Nie lubił, gdy ktoś go kontrolował, więc i on nie będzie kontrolował nikogo innego.

Kiedy usłyszał tekst o chusteczkach, zwyczajnie się roześmiał. Prawdopodobnie powinien przynieść jej całe opakowanie, ba! Nie chusteczek, a od razu papieru toaletowego. Albo ręczników kuchennych. Opanowawszy się w końcu, spojrzał na nią i pokręcił głową.

- Nauczyciele kazali mi cię odprowadzić do higienistki, a nie urządzać spotkania przy rolce papieru, z twoją krwią kapiącą w tle, nie ważne jak byłoby to romantyczne. Więc ładnie cię proszę rusz tyłek, bo cię obezwładnię i za wiele nie będziesz miała do powiedzenia. No, chyba, że lubisz paralizatory.

Wzrokiem oceniał stan dziewczyny. Blada, ale wcale się nie dziwił. Nikt normalny nie był rumiany i słodki po utracie takiej ilości krwi. Prócz tego była stanowczo za chuda, zbyt mała i ogólnie nie pasowała mu do statusu osoby, która prosiła się o takie potraktowanie. Bo nie wierzył w to, iż był to najzwyklejszy krwotok z nosa... Coś takiego nie zdarza się samo z siebie. Jak dla niego dziewczyna nie była też chora. Z resztą, jaka choroba miałaby takie objawy? Hemofilia? Bzdura.

Stwierdzając, że mało go to obchodzi, podniósł się ze swojego miejsca i rozprostował kości. Jego ciało powoli ogrzewało się, ale wolał nie myśleć o tym, co mogło spowodować jego nagłe zlodowacenie. Wszystkie te sprawy związane ze zdolnościami były dla niego tabu- wolał o nich ani nie rozmawiać, ani nie myśleć.

Prawdę mówiąc Dante najchętniej żyłby, jako normalny człowiek, ale brak kontroli nad mocą uniemożliwiało to. Wystarczyło tylko, żeby za bardzo się zdenerwował, a już poziom energii rzeczy blisko niego podnosił się o sto procent i zaczynały się wybuchy. Może i wyglądał normalnie, ale wcale taki nie był.
Prawdopodobnie gdyby tylko pamiętał cokolwiek sprzed trzech lat byłoby mu łatwiej, ale nie. Jedna wielka biała kartka- to była jego pamięć. Próby odzyskania jej na nic się nie zdawały- hipnozy, wtargnięcia do umysłu… Nic. Był tylko on- ten nowy on.

- Dante. – powiedział krótko, nie siląc się nawet na uśmiech. Sytuacja nie była przecież ani zabawna, ani nawet przyjemna.

[ I nie wyszło, ale cóż.]

Janith pisze...

Janith uśmiechnęła się i przyjrzała się śladom czekolady na swoich palcach w ponurej zadumie. Jeśli nic jeszcze po niej nie było widać, mogła sobie pogratulować.
-Dziękuję.
Chociaż w tym momencie stała odwrócona tyłem do lokatorki pokoju, wyczuła, że w pewnym momencie coś się zmieniło. W powietrzu zawisł nagły niepokój.
Dziewczyna znieruchomiała, ręka, którą sięgnęła po babeczkę, zawisła w powietrzu. Janith szybkim ruchem odwróciła się do Alicii.
-Wszystko w porządku? -zaniepokoiła się. Nie wyglądało to dobrze, obawy, że Alicia lada chwila zemdleje, nie wydawały jej się w tym momencie bezzasadne.
Przykucnęła naprzeciwko łóżka, na którym siedziała dziewczyna, poszukała wzrokiem jej spojrzenia.
Nie zemdlej mi tu teraz, pomyślała rozpaczliwie. I jak, u licha, miała się czegoś dowiedzieć, nie pchając się z butami w jej prywatne sprawy.
-Jesteś chora?
To nie rak, próbowała uspokoić w myślach sama siebie. Przecież dyrekcja szkoły wiedziałaby o podobnym problemie, chyba ktoś umieściłby dziewczynę w szpitalu, jeśli nikt nie byłby w stanie pomóc jej tutaj.
I czy w ogóle Janith powinna się tym interesować? To nie była jej działka i kompetencje, jej rola w szkole polegała na czymś kompletnie innym. Ale przypadek chyba chciał inaczej.

Unknown pisze...

Dante nie miał pojęcia, dlaczego szpitalne zapachy wywołują u niego zawroty głowy. Było tak odkąd pamiętał, to jest od tych trzech lat, podczas których tylko raz był zmuszony udać się po poradę lekarską. W sklepie, w którym pracował wybuchł pożar i z poparzoną dłonią Gemini musiał uśmiechnąć się do jednego z pielęgniarzy, który zapakował go do ambulansu i przewiózł w szpitalne progi. Tłumaczenia, że nic mu nie jest zupełnie nie pomagały, tak więc skończyło się na opatrunku i l4 do końca miesiąca. I niezłą randką, jeżeli miałby być szczery.

A że później został zwolniony i przeprowadził się do innego miasta, to kolejna historia, której opowiadać teraz nie będziemy.

Kiedy Alicja już grzecznie siedziała z ręcznikiem w ręce, Dante zajął najbliższe jej krzesło. Wyglądała lepiej, bynajmniej tak mu się zdawało, a on specjalistą w tych sprawach nie był. Sam fakt, że pielęgniarka wydawała się ją doskonale znać był dość podejrzany. Czyżby jednak hemofilia?

- Moje groźby nie są ani dziwne, ani bez pokrycia. Gdybyś sprawiała problemu skończyłoby się na tym, że przyniósłbym cię tu obezwładnioną. Ale ty chyba nie przepadasz za paralizatorami, co? – uśmiechnął się, jednocześnie masując sobie skronie. Lekarze, szpitale i inne takie źle na niego działały.
Kiedy widział ja taką niemal trzęsącą się z zimna, w mig zrozumiał, o co chodziło z tym chłodem. Alicja odczuwała chłód, więc i jemu było zimno. Nie rozgryzł jeszcze tego ich dziwnego połączenia, ale powoli zaczynał oddzielać, jakie emocje należały do niego, a jakie do niej. Zsunął, więc z ramion swoją nieustraszoną skórzaną kurtkę i zarzucił jej na plecy. Jemu nie było zimno- już nie.

Kurtka była za duża nawet na niego, nosił ją z jakiegoś dziwnego sentymentu, bowiem to właśnie ona została mu z tego ranka, kiedy to obudził się na drodze stanowej numer sześćdziesiąt sześć. Ona i pamiętna karteczka.

- Nie dowiedziałem się jeszcze, jakim cudem się tak załatwiłaś. A uwierz mi, nie pójdę sobie i będę cię dręczył swoją osobą póki nie dostanę satysfakcjonującej odpowiedzi.

Janith pisze...

Janith gwałtownie zerwała się i podała Alicii rękę. Pomogła jej wstać, starała się być delikatna. Dopiero teraz, kiedy jej dotykała, wyczuła, jak bardzo dziewczyna jest chuda. Jakby jej ciało składało się tylko z tej bladej, niemal przezroczystej skóry i szkieletu.
-Trzymaj się mnie.
Podała ramię, aby Alicia mogła się na niej wesprzeć i powoli ruszyła w stronę łazienki. Drugą ręką otworzyła drzwi i zapaliła światło.
-Świat jest chory? Co chcesz przez to powiedzieć?
Janith nie miała jeszcze pewności, ale to co usłyszała podsuwało jej pewną, wyjątkowo nieprzyjemną myśl.
-Czy twoja mutacja sprawia, że ich dolegliwości odbijają się na tobie?
Byłoby to wyjątkowe okrucieństwo losu.
Stanęły nad umywalką, chwilowo Janith nie wiedziała, co Alicia zamierza zrobić. Odkręcić kran? Jeśli było tak, jak się domyślała, zimna woda raczej niewiele by na to pomogła. Stały obok siebie, tak odmienne, Janith wyglądająca jak okaz zdrowia, Alicia niemal jak sama śmierć. Samo to skojarzenie sprawiło, że dziewczyna lekko się wzdygnęła.
-Co mogę zrobić, żeby ci pomóc? -spytała z niepokojem. Nie chciała, żeby Alicia zasłabła, nie teraz, nie na kafelkach, nie w tej małej przestrzeni, gdzie upadając, mogłaby uderzyć o krawędź umywalki albo sedesu.
Na wszelki wypadek delikatnie objęła dziewczynę drugą ręką, w tym momencie miała wrażenie, że bez problemu podniosłaby chudą Alicię, ale nie miała odwagi tego zrobić. Obawiała się, że jej ciało okaże się tak kruche, że złamałaby je jak słomkę.

Wiedźma pisze...

[ah dziękuję, twoja też niczego sobie ;> Na wątek zawsze, hmm tylko masz jakiś pomysł? Napisz, ja dorzucę swoje trzy grosze]

Felix L.

Unknown pisze...

[Piszemy coraz krócej :D]

Dante czuł się niezręcznie. Przez chwilę zastanawiał się co mógłby ze sobą zrobić skoro nie miał najmniejszego zamiaru wychodzić póki nie dowie się tego, czego chciał. W końcu stanęło na drażniącym wyłamywaniu sobie kostek palców. Co z tego, że pielęgniarka gapiła się na niego jakby właśnie wyciągał z kieszenie czyjeś zakrwawione, jeszcze bijące serce?

Kiedy usłyszał odpowiedź Alicji zaczął rozmyślać nad tym jakby to było mieć te cholerne wspomnienia. Czy aby na pewno są mu do czegoś potrzebne? Radził sobie przecie bez nich całkiem dobrze- miał imię i nazwisko, własny, przez nikogo nie modyfikowany charakter i poczucie odpowiedzialności za własne decyzje. Owszem czasami był ciekaw, ale nie do tego stopnia, że zrobiłby dla odzyskania wspomnień wszystko.

Niemal nie usłyszał propozycji dziewczyny, tak bardzo był zagubiony we własnych myślach. Odpowiedź za odpowiedź? Zbyt wielu mógłby nie udzielić, ale uzyskanie kilku innych... Odkąd trafił do tego miejsca jeszcze z nikim nie rozmawiało mu się na tyle dobrze, żeby wymieniać się odpowiedziami na swobodne pytania. A może...

- Rozsądne. - uznał w końcu, zgadzając się jednocześnie na jej propozycje. - I przypominam, że pierwszy zadałem pytanie.

Ha! Uśmiechnął się nawet, niech ma, niech się cieszy. Może i jest mrukliwy i potrafi czasami zniechęcić do siebie człowieka, ale i on potrzebuje raz na jakiś czas otworzyć do kogoś usta.

Wiedźma pisze...

[Myślę, że trzecia opcja może być najciekawsza. Można to potem rozwinąć w spacerek po łąkach i lasach :D
Tak zdecydowanie, poprzez eksperyment. Zabieram się właśnie do pisania obszerniejszej biografii, wiec wszystko będzie bardziej przejrzyste.]

Felix L.

Unknown pisze...

[ No tak! szczerze mówiąc mam alergię na takie wątki, które zaczynają się i kończą na trzech zdaniach. Pojedynczych jeszcze dodajmy.
Ale nas to nie spotka! Będziemy z tym walczyć do ostatniej kropli krwi!]

Gdyby Dante miał opowiedzieć tych trzech latach, mógłby użyć stwierdzenia 'wieczna impreza', bo czasami właśnie tak to odczuwał. Jakby był na haju- codziennie wstawał, szukał, lub też szedł do pracy, harował jak idiota, po czym szukał jakiejś wieczornej przygody, byle tylko nie skończyć nocy samemu. Nie wiedział dlaczego, ale myśl, że miałby zasnąć w pustym niemal pokoju przyprawiała go o hiperwentylacje. Kiedy pojawiały się jakiekolwiek kłopoty, ktoś zadawał pytania czy też zwyczajnie zaczął się przywiązywać- Dante znikał Ot tak, po prostu. Jednego dnia zajmował niewielkie mieszkanko na trzecim piętrze, a następnego już siedział w autobusie jadącym do kolejnego miasta.

Teraz niemal przezwyciężył swój strach przed pustym pokojem. Ściany jego obecnego, tutaj w zamku, całe są pokryte zdjęciami ze wszystkich miejsc, w których był, ludzi, z którymi się spotkał więcej niż dwa razy... Pojawiają się też zapisane karteczki- ciche wspomnienia rozmów z tymi, których warto zapamiętać.Są tam też ich adresy, w razie, gdyby postanowił ich odnaleźć. Sam nie wie czy kiedykolwiek to zrobi, ale ważne, że jednak je miał- na wszelki wypadek.

Odpowiedź Alicji nie była satysfakcjonująca, zupełnie tak, jak jej pytanie, na które, szczerze mówiąc nie znał odpowiedzi. Tak się stało i już. Nie był w stanie odpowiedzieć na nie tak, by zrozumiał to normalny człowiek. Stwierdzenie, że zaszedł rezonans jest... niekompletne.

- Ja...- zaczął dość nieporadnie - czułem twój ból. Wołałaś mnie. Szczerze mówiąc wołałaś chyba kogokolwiek, ale ja usłyszałem. Siedząc na dachu, dodam. Po części jestem empatą, ale zazwyczaj by kogoś odczytać muszę go dotknąć. Z tobą było inaczej. Zupełnie tak, jakbyś wysłała wiadomość prosto do mojego umysłu. Takiego e-maila z załącznikiem w postaci rozdzierającego bólu,zapachu krwi i powoli osuwającego się gruntu spod nóg. Innymi słowy-to, co ty czułaś w tamtym momencie, czułem i ja. Inaczej niestety nie umiem tego wytłumaczyć.

Przez chwilę zastanawiał się jakie pytanie on powinien zadać, a trzeba wiedzieć, że wcale nie miał ochoty pytać o jej zdolności. Widać było, że nie chodziło o nic militarnego, co zazwyczaj napotykał. Jej ciało samo sprawiało sobie ból- jaki miał być z tego pożytek? Zamiast tego wymyślił coś zupełnie innego.

- Jak tutaj jest?

Wiedźma pisze...

Za krótko przebywał w tym zamku. Według niego oczywiście, według kalendarza niedługo mijał rok. Rocznice są okropne pomyślał zatrzaskując drzwi swojego pokoju. Na wszelki wypadek przekręcił klucz w zamku. Nie miał nic ciekawego w pokoju, oprócz kilku białych kruków, które wiele dla niego znaczyły. Okna jego pokoju wychodziły na zachód, więc popołudniami uciekał z niego jak najdalej. Okolice godziny piętnastej były najgorsze. Dlatego właśnie kierował się w stronę wschodniej części placu zamkowego, zaraz przy bramie, obrośniętej wysokimi drzewami. Koło niego przebiegały grupki rozwrzeszczanych dwunastolatków. Czyżby podchody? Podobało mu się to. Integracja, brak konfliktów. Każdy z nich był inny, jednak zawsze akceptowany przez pozostałych. W Niemczech tak nie było. Przynajmniej z tego co wiedział. Z pokoi socjalnych raz po raz wynosili, przykryte czarnymi workami, ciała. Teraz, po czasie dziękował, że mieszkał rodzeństwem w izolatce.

Dotknął kieszeni w granatowych spodniach. Tak, są, można iść dalej. Myślał o poprzedniej lekcji z jedną z młodszych klas. Dyskutowali o królowej Nefertiti. Dziewczynki oczywiście chciałyby zamienić się z nią miejscami. Nie dziwił się im. Była piękna i groźna. Szybko zmieniły zdanie gdy dowiedziały się, że Egipcjanka była łysa. Zesłał im wizje, pokazującą moment jej pogrzebu. Przynajmniej tak jak mówiła o tym autorka książki, którą przeczytał mając dwanaście lat.

Instytut znajdował się daleko od miasteczka, otaczało go nieco lasu i piękna połać łąk, które w tej spiekocie były niemal złote. Wyglądały teraz jak morze o zachodzie słońca. Wyciągnął zapalniczkę z kieszeni koszuli w kratę i ruszył na spacer wzdłuż muru, jednak dalej na terytorium instytutu. Po chwili usłyszał cichy głos, a przez igły świerka prześwitywał biały kolor. Zaciekawiony postanowił nie przeszkadzać, czekając aż sytuacja się rozwinie. Musiał pogadać z dyrekcją. Przecież uczniowie musieli dostawać jakieś przepustki, no żeby przez murek przeskakiwać? Czyżby było aż tak źle? Uśmiechnął się i odpalił papierosa z cichym brzdękiem zapalniczki gazowej, którą przysłał mu przyszywany brat w ostatnie święta. Mikołaj i reniferek. Odpłacę się mu za to.

Felix L.

Janith pisze...

Janith obserwowała Alicię, przygnębiona i przestraszona. Podpierała dziewczynę, wciąż niepewna, czy tamta nie upadnie.
Zaskoczyły ją wyrzuty sumienia u Alicii, która przecież w niczym nie zawiniła.
-Dlaczego przepraszasz? -zdziwiła się -To nie twoja wina.
Poczuła bezsilną złość i bezradność, a było to uczucie zgoła odmienne niż to, kiedy ktoś stawiał jej zakazy, a ona usilnie próbowała je złamać.
-Naprawdę nie da się z tym zrobić absolutnie nic? -spytała smutno. Przyszła jej do głowy dziwna, może nawet głupia myśl, w dodatku nie była pewna, czy to ma jakikolwiek sens.
-Nie potrafiłabyś... -zawahała się. Każdy sposób powiedzenia tego na glos brzmiał nieprzyjemnie.
-Wyssać z kogoś trochę energii zyciowej? Nie tyle, żeby kogoś skrzywdzić, tylko tyle, żabyś poczuła się lepiej?
Gdyby to było możliwe, sama chętnie zostałaby pierwszą dawczynią, nie sądziła, żeby groziło jej coś gorszego niż czasowe osłabienie. Ogólnie cieszyła się bardzo dobrym zdrowiem.

cisza. pisze...

[Smuteczek, psytul :c]

Katherine nie chciało się zwiedzać kuchni. Była w niej tyle razy, że mogłaby nawet krążyć między szafkami po ciemku, czego jednak nie robiła ze względów bezpieczeństwa. Nigdy nie było wiadomo, czy jakiś kucharz nie zostawił przez przypadek noża na blacie.
Skrzywiła się lekko, widząc jak dziewczyna dotyka pajęczyny. Nigdy nie lubiła stworzeń, plotących te misterne sieci.
Obserwowała poczynania dziewczyny z zaciekawieniem. Kiedy ta wypadła z szafki na podłogę z trudem powstrzymała śmiech. Wyglądało to zabawnie, jednak miała nadzieję, że jasnowłosa nie narobiła sobie żadnych siniaków, czy innych uszkodzeń na ciele.
- Nie wyglądasz staro - zapewniła ją szybko, upijając nieco swojej malinowej herbatki. - Co tam za skarb wygrzebałaś? - spytała, zerkając na ozdobny kuferek.
Kiedy dziewczyna wyjęła jedną z filiżanek, Black od razu skierowała na nią swój wzrok.
- Jest piękna - powiedziała tylko, po czym włożyła sobie do ust czekoladowe ciasteczko. - I zapewne stara - dodała, po przełknięciu smakołyku.

[Przepraszam za tą słabiznę ;_;]
Katherine

Janith pisze...

Janith nie mogła zrobić nic poza smutnym pokręceniem głową i rozłożeniem rąk. Naprawdę nie miała pomysłu na to, jak temu zaradzić.
W ponurej zadumie przyglądała się opadającej na swoje łóżko Alicii. Nie chciała jej przeszkadzać, wolałaby, żeby mogła wypocząć, ale z drugiej strony poczułaby się nieswojo, zostawiając ją samą, w mroku, który budził w niej niepokój. Teraz i ona uległa temu dziwnemu wrażeniu, naprawdę wydawało jej się, że coś czai się w cieniu na Alicię, gotowe zaatakować ją w chwili największej słabości.
-Możesz zasnąć? -spytała z troską.
Nie walczyć? Brzmiało to przecież jak kapitulacja i pokorne czekanie na nieuniknioną egzekucję!
-Jeśli chcesz, będę obok, dopóki nie zaśniesz -odezwała się łagodnie.
Zabrzmiało to tak, jakby obiecała, że odstraszy czające się w mroku COŚ swoją obecnością, chociaż nie dodała tego na głos. Nie sądziła też, żeby miała taką władzę.
-Chyba, że nie chcesz, żeby ktokolwiek ci przeszkadzał, wtedy po prostu powiedz.

Wiedźma pisze...

Schował swoje niezbędniki do kieszeni. Długo bez nich nie wytrzymywał, niemal zmusił właściciela jednego ze sklepów w miasteczku do regularnych dostaw. Coraz bardziej zaciekawiony tym co się tu wyprawia, przechylił głowę i dojrzał zarys postaci, która starała się wymknąć. Chuda, matko święta, jak przeraźliwie chuda... przemknęło mu przez myśl, gdy nadgarstki dziewczyny, bo to była dziewczyna temu zaprzeczyć się nie dało, chwyciły gałąź. Przypatrywał się z ciekawością jej akrobatycznym wygibasom, jednocześnie szukając w pamięci jej nazwiska.
Gdy jęknęła miał ochotę rzucić się do przodu i siłą ściągnąć ją z tej kładki. Po czym ładnie zaprowadzić do łóżka, przykryć kołdrą i zaaplikować doustnie rosół. Z drugiej strony jednak, mógł wyprowadzić ją z instytutu i skierować do znajomego lekarza. Sumieniu odpowiadała bardziej ta druga wersja, bo intuicja podpowiadała mu, że pierwsza była już za często używana. Niestety przyrzekł sobie solennie, że będzie się dobrze prowadzić w tym przybytku . Jego postanowienie zupełnie kłóciło się z pomocą w ucieczce, prawda? Stwierdził, że uciekinierka jest na tyle pochłonięta pracą aby nie zauważyć jego osoby stojącej półtora metra od niej. Dlatego więc podszedł bliżej, w razie czego służyć pomocną ręką, ewentualnie ramionami.
Rzucił peta na ziemie w tym samym momencie, gdy ona stanęła na murze. Alicia Weber oświeciło go w momencie. To była ta co leczy. Przynajmniej tak słyszał od jakiegoś sprzątacza. Dlatego jest poubierana jak na mróz. Dlatego jest taka chuda. Przecież ona mogła się połamać przy wchodzeniu na ten mur i on byłby za to odpowiedzialny. Z drugiej strony, nie wiedział co ją popchnęło do tego. Jest tyle wyjść stąd, a ona akurat wybrała to najgłupsze.
- Alicio Weber - powiedział wychodząc z cienia drzewa - Czy ty upadłaś na głowę?
Słońce raziło go w oczy, ale stanowczo wpatrywał się w jej śnieżnobiałą czuprynę.

Felix L.

Wiedźma pisze...

Dziewczyna przysłoniła ciałem słońce, dzięki czemu mógł się jej lepiej przyjrzeć. Wyglądała jakby chorowała całe swoje życie. Trochę jak Królowa Śniegu. Ubrana była w jakiś za duży, szary sweter, miał jednak wrażenie, że dalej lekko się trzasła. Może z zimna? Albo ze strachu? Jej twarz przypominała oblicze ducha. Nie, duchy nie byłyby tak urokliwe, przy prawdopodobnej próbie samobójczej. Uśmiechnął się na tą myśl. Teraz zdawał sobie sprawę dlaczego ona jest tak częstym tematem rozmów w pokoju nauczycielskim. Połowa nauczycieli zazdrościła Alicii Weber. Mocy oczywiście, chętnie by się z nią zamienili, gdyby nie przynajmniej tuzin okropnych konsekwencji. To spustoszenie w organizmie musiało być okropne.
- Żadnych gwałtownych ruchów - powiedział, widząc jak Alicia traci równowagę. Naprawdę bał się o tą kruchą osóbkę. Podszedł bliżej - Twoje złamanie karku, byłoby okropną wieścią dla światka medycznego w tym ośrodku.
Jakaś gałąź zakuła go w plecy. Odwrócił się zdenerwowany, by ja zerwać. Wtedy zobaczył postać ubraną w biały kitel, która powolnym krokiem szła w ich kierunku.
- Siedź, gdzie siedzisz - rozkazał szeptem widząc, że dziewczyna próbuje stanąć z powrotem na tej chybotliwej kładce. - Proszę cie, gdy będziesz chciała wyjść to powiedz mi, załatwię ci przepustkę, albo odeskortuje do miasteczka. A teraz albo ja albo ty będziemy mieć przechlapane.
Rozejrzał się za miejscem do ukrycia się, ale jedyne co przyszło mu do głowy to tamta strona murku.

Felix L.

Janith pisze...

Janith pokiwała głową.
-Dobrze, będę tu -zgodziła się. Przez chwilę myślała, czy nie usiąść na przeciwległym łóżku, zrezygnowała z tego, potem zdała sobie sprawę, że coś ją rozprasza. Na podłodze leżał zamknięty kubek z pitnym jogurtem, który upuściła Alicia w chwili słabości. Janith schyliła się, podniosła go z podłogi, odstawiła do szafki. W tym momencie nie potrafiła się powstrzymać, sięgnęła po kolejne ciastko. Poczuła się trochę nieswojo.
Znów spojrzała na Alicię ze współczuciem. Zupełnie jakby tamta urodziła się z nieuleczalną chorobą...
Zatrzymała się w połowie ruchu, porażona nagłą myślą. Przecież nie od dziś wiedziała, że spora część mieszkańców zamku posiada wyjątkowe cechy nie wskutek błędów natury, ale celowego działania. Zatem, jeśli istniał sposób na wywołanie mutacji, to czy nie dałoby się uzyskać efektu odwrotnego. Usunąć niecodzienne cechy, albo chociaż łagodzić ich skutki?
Zaczęła krążyć po niewielkiej przestrzeni pomiędzy dwoma łóżkami, twarz ściągnęła jej się od intensywnego rozmyślania. Starała się tylko poruszać bezszelestnie, aby Alicia mogła zasnąć.

pan pisze...

[Mi tam bardzo pasuje!]

Cichym szkolnym korytarzem idzie niecichy chłopak, który swoją egzystencją burzy wszelakie pojęcie o spokoju i ciszy. Jego fryzura dzisiejszego dnia osiągnęła już apogeum chaosu, a pomimo to brunet nadal mierzwi włosy swoją dużą dłonią aby wprowadzić je w jeszcze większy, artystyczny nieład. Z uśmiechem na twarzy maszeruje przez korytarz i pod nosem wcale nie cicho podśpiewuje sobie jakiś retro hit, który ostatnio wygrzebał w swojej przestarzałej empetrójce. Otwiera drzwi do biblioteki, które raczą go głośnym skrzypnięciem. Jego podśpiewywanie zamienia się w ciche nucenie, a bibliotekarka stojąca za ladą gdy zauważa Neala rzuca mu tylko gniewne spojrzenie i wzdycha głośno. Pewnie dlatego, bo jest świadoma, że ta istota zwiastuje nic innego jak tylko kłopoty i wszechobecny chaos. W bibliotece okrył się on raczej niesławą, może dlatego, bo zawsze odkłada książki na złe miejsce, albo w ogóle ich nie odkłada, lub może to być spowodowane również tym, że często korzysta tam ze swojej niewidzialności i wisi nad kimś kiedy ktoś czyta, bądź robi cokolwiek innego. Bardzo możliwe, że nie odpowiada im również to, że zamienia się w bibliotekarkę i udaje przed wszystkimi, że nią jest. Cóż może i być wiele powodów, ale mimo wszystko wszyscy akceptują to jaki on jest i starają się do tego przywyknąć.
Neal do swoich psikusów posiada ulubione ofiary. Jedną z nich stała się Alicia, bo ona zawsze według niego wygląda przezabawnie. Tak też teraz kiedy ją zauważył nie planował przechodzić obok niej obojętnie.
- AKUKU! - niemalże wrzasnął ściągając dłonie z jej oczu, a przy tym przyciągając spojrzenia innych użytkowników biblioteki. Widząc gniewne spojrzenie bibliotekarki, która już wstawała ze swojego miejsca stwierdził, że PUF, zniknie. Tak też uczynił chociaż nadal stał obok Alicii i niezauważalnie uśmiechał się do niej.

Neal

Amber pisze...

[Z góry przepraszam za długie odpisywanie. A pomysł z kozą naprawdę świetny. ]


Declan nie często odwiedzał bibliotekę; przytłaczająca cisza nie pozwalała mu się skupić...Chociaż z swoją wadą Declan nigdy się nie skupiał, a jak już to na góra trzy sekundy. Nauczyciele po części byli wyrozumiali, ale tylko na początku. Z takim nastawieniem nigdy niczego się nie nauczy, powtarzali mu. Chłopak starał się brać leki, lecz okazjonalnie połknął tylko jedną tabletkę, zamiast dwóch i chodził raz spokojny, raz pełny energii której nie potrafił w sobie tłumić.
Bibliotekarka za Declanem nie przypadała. Wiedziała, że za nim chodzą same kłopoty. Nie...Jego drugie imię brzmiało kłopoty.
Tym razem chłopak postanowił ignorować srogie spojrzenie kierowane w jego stronę i cicho pogwizdując sobie pod nosem, zaczął szukać tego po co tu przyszedł. Uśmiechnął się do siebie, widząc złamane krzesło stojące w najciemniejszym zakamarku, przypominając sobie swoje ostatnie arcydzieło. Był to wypadek i tak się wypierał, gdy bibliotekarka spostrzegła go swoim sokolim okiem, gdy zabawiał jednego z najmłodszych mutantów walką dwóch przedmiotów. Ustawili wtedy stos książek jako cztery kąty ringu i komentowali co się dzieje w nierównym kwadracie.
Po tym Declan musiał czyścić toalety nauczycielskie przez okrągły miesiąc.
Wyjął dłonie z swoich kieszeni swoich podartych dżinsów i przeleciał palcem po grzbiecie jednej z książki, czytając powoli ozłocony tytuł. Nie, to nie to. Poszedł dalej, patrząc na oznakowania na regałach. Jednak szybko zapomniał o swoim celu znalezienia albumów szkolnych, gdy jego oczy przykuła znajoma jasna czupryna.
Czując się jak ninja, podszedł do dziewczyny na palcach i zasłonił jej oczy. Nachylając się, przybliżył swoje usta do jej ucha.
-Zgadnij kto to- powiedział, próbując brzmieć jak dziewczyna. O mało nie wybuchł śmiechem, gdy z jego ust wydobył się dźwięk który brzmiał jak coś pomiędzy piskiem a płaczem.


Declan Ward

francuski piesek pisze...

Wrażliwy kaktus. A to ci heca! Charles znał tylko takie groźne kaktusiki, które niezbyt dobrze go traktowały. Pamiętał, że jego matka miała bzika na punkcie tych roślin, przez co w całym domu było ich od cholery. Nawet biedaki stały na wannie, a kiedy Francuzik sięgał po szampon - BAM! Wszystkie kaktusy w wodzie, Charles cały w igiełkach, a matka w ryk.
- Mam taką nadzieję. Wiesz, u mnie w domu było mnóstwo kaktusów, ale wcale nie były wrażliwe, tak jak mówisz o Jacku. - dodał, zastanawiając się, dlaczego od do czarta gada o tych roślinach, jakby były takimi bardzo, ale to bardzo człowieczymi postaciami. - Och, interesujące imię. - odpowiedział, uśmiechając się od ucha do ucha. Stał za dziewczyną, patrząc przez jej ramię na klucze, wśród których znajdował się ten jeden do jej pokoju.

Charles

Janith pisze...

Janith ciężko westchnęła.
-Już mnie boli - przyznała. Tęsknie spojrzała ku otwartej szafce, cały czas nęcona apetyczną wonią.
Zupełnie nie wiedziała, jak rozwiązać ten problem. Wyjść ze szkoły, może nawet wziąć urlop na kilka dni, zdobyć informacje na temat kilku osób... i co dalej? Wejść prosto do jaskinii lwa?
Wiedziała, że projekt nie został zamknięty, nawet kiedy lekarze czasowo stracili zainteresownie nią samą. A czy antidotum istniało? To był przecież strzał w ciemno.
-Wiesz, nie lubię czuć się bezradna -powiedziała trochę skruszona. Ale zatrzymała się. Stwierdziła, że być może przeszkadza Alicii w zaśnięciu.
Otuliła się ramionami, czując nagly chłód. Odruchowo spojrzała w stronę okna, tak jak się spodziewała było zamknięte.
Rzuciła Alicii lękliwe spojrzenie.
-Cz... czujesz coś?

Wiedźma pisze...

Jego mózg zaczął szybciej pracować. Nie był genetykiem, nie miał pojęcia czy każdy organizm tak funkcjonuje czy to jedynie jego przypadek. Kilka osób, które znał wpadało w koszmarną histerię. Miał wrażenie, że Alicia, chociaż naturalnie była zaskoczona, to nie straciła kontroli nad tym co robi.
Nie chciał być niemiły, ale prawie bezgłośnie prychnął na widok jej wyciągniętej ręki. Za duże ego Felixa powodowało chęć wykazania się w każdej sytuacji. Doskoczył do kładki i wciągnął się na nią. Miał szczerą nadzieje, że się nie załamie. Była już lekko ukruszona i powoli zmniejszała się dalej. Szybko przedostał się na murek i przykucnął na nim.
- Spryciula - stwierdził patrząc na ptaki, które zerwały się do lotu. Było ich wyjątkowo dużo. Przypomniał sobie, że w ostatnim tygodniu na tym drzewie "Nadprzyrodzone Przedszkole" wieszało kilka karmników. Gdy osoba w białym kitlu się zatrzymała, Felix rozpoznał w nim jednego ze szkolnych medyków. Dobrze, że dziewczyna go zatrzymała. W głowie miał ciekawą wizję tamtego człowieka ściągającego Alicie z murka za nogi i prowadzi ją do pokoju.
Usiadł i przerzucił nogi na drugą stronę. Odwrócił się i zobaczył, że tamten lekarz wrócił na poprzedni tor spaceru. Wychylił się i skoczył. Zaklął w duchu, czując brukowaną powierzchnie szarpiącą jego plecy. Mało finezji było w tym skoku, ale w końcu był na nieogrodzonym terenie.
- Dalej masz zamiar się urwać? - zapytał wyciągając rękę w stronę dziewczyny.

Felix L.

Wiedźma pisze...

Przeciągnął wzrokiem z lewej do prawej strony murku. Przez chwilę zastanawiał się, którędy będzie szybciej do miasteczka. Logiczne było, że dróżką iść nie mogli, jak już się wyrwali, to trzeba było się postarać żeby ich nie złapali. Temperatura nadal utrzymywała się w granicach trzydziestu stopni Celsjusza, co skutecznie odstraszyło go od spacerku przez łany zboża czy jakiejś przypadkowej trawy. Wizja przedzierania się przez las cieszyła go o wiele bardziej. Miał szczerą nadzieje, że dziewczyna też ją wybierze.
Choć dziewczyna była lekka jak piórko, to jej skok nieco go zaskoczył. Starał się nie trzymać jej zbyt mocno, bał się, że jednym ruchem złamie jej żebra. Była taka zimna. Odeszła szybko, obejmując się rękami. Taka moc musiała być okropna. Patrzył na to jak wydmuchuje nos, ciesząc się jednocześnie, że miał w kieszeni jakąś tam paczkę chusteczek, którą mógł ją poratować w razie czego
- Po tym co przeszłaś? - uśmiechnął się patrząc na dziewczynę - Nie zrobię ci tego, ale będę cię eskortować, a potem odprowadzę prosto do pokoju. Właściwie co planowałaś robić?
Wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów. Przez chwilę zastanawiał się czy dobrze zrobi, ale jak coś to Alicia odmówi. Wyciągnął w jej stronę karton wypełniony do połowy "rureczkami śmierci". Spojrzał na nią pytającym wzrokiem

Felix L.

francuski piesek pisze...

Kaktus dżentelmen. Tego mu brakowało. Pewnie zaraz zacznie upominać Charlesa, że się garbi, a dżentelmeni nie mogę sie garbić. Francuziku - nie jesteś fajny w takim razie.
Widząc Jacka, chłopak uśmiechnął się mimowolnie, spoglądając raz na niego, raz na Alice.
- Hej Jack! Miło mi cię poznać. Mogę uścisnąć ci kolca? - spytał, unosząc brwi do góry. Po minucie przeniósł wzrok na białogłową, marszcząc swój nosek. - Zrobiłem coś nie tak? Chyba mnie olewa. - dodał, patrząc na roślinkę, stojącą w malutkiej doniczce. Przekręcił głowę, spoglądając na każdy z jego kolców.

Charles

Janith pisze...

Dziewczyna pokiwała głową, bez większego przekonania zresztą. Atmosfera tej nocy była dziwna.
-Może masz rację -zgodziła się. Znów podeszła do okna zerknęła na zewnątrz, gdzieś tam na dole zamajaczyła sylwetka innego z ochroniarzy nocnej zmiany. Jaj nieobecności raczej nikt nie mógł dostrzec, poza tym nie miało większego znaczenia, ile osób danej nocy krąży wokół szkoły. Przynajmniej do czasu. W razie kłopotów sytuacja byłaby zgoła inna, gyby cokolwiek się stało, od razu zaczęłoby się szukanie winnych. Ale od dłuższego czasu w Recifle panował przyjemny spokój.
-I na co nie jesteś gotowa? -zdziwiła się. Wydawało jej się wprawdzie, że to zdanie nie było skierowane do niej, że w tym momencie Alicia bardziej myślała na głos.

Unknown pisze...

[mam nadzieję, że nie gniewasz się że nas tak razem włożyłam do jednego pokoju, ale stwierdziła, że fajnie wątkujesz ;>]

Rosalie.

Unknown pisze...

[a i widziałam, że jesteś adminką zatem mam pytanie i jest ono dość ważne bo jeśli się zgodzisz to zacznę posta pisać ;) no bo chciałabym by moja postać nosiła w sobie swoistą klątwę. objawiać się to będzie w dość dziwny sposób, bo wcześniej(na blogu onetowskim) moja bohaterka miała korzenie wilkołacze, jej ojciec był wilkołakiem, szczerze mówiąc nawet jednym z najważniejszych bo przywódcą watahy, no i jej matka złożyła z siebie ofiarę byleby tylko Rosalie nie zmieniała się podczas każdej pełni, jednak coś poszło nie tak i dziewczyna podczas każdej pełni niesamowicie krwawi z nadgarstków. teraz zrobiłam, że jest z domu dziecka więc chciałabym zwyczajnie wpleść w jej historię coś podobnego, ale, że zakazane jest tworzenie wilkołaków, to nie wiem co zrobić i mam nadzieję, że jakoś mi pomożesz]

Rosalie.

Unknown pisze...

[zaczniemy wątek jak tylko ogarnę postać, dobrze? ;)
w sumie to fajny jest pomysł z modyfikacją postaci, szczerze mówiąc widziałam, że ktoś ma nawet podobną moc(dlatego już pisałam komentarz pod administracją, luknij jak możesz ;)) ) więc dobrze by było ją trochę zmodyfikować. w sumie już na coś wpadłam, ale nie wiem czy nie ponosi mnie zbytnio fantazja. a i tak, miałam Samanthę na onetowskim i cholernie się z nią zżyłam ;3 no więc tak jak mówiłaś, ojciec Rosie byłby zmienokształtnym ale na wzór wilkołaka, więc nie dałoby się tej mocy opanować, nie dałoby się powstrzymać przemian, i on się nie kontrolował będąc wilkiem, no i tak jak mówiłaś, że to krwawienie to byłby skutek uboczny powstrzymywania przemiany, ale są one tak silne, że zwykli lekarze nie są w stanie zatamować krwotoku i tak myślałam by w skrajnych przypadkach pojawiałyby się też u niej krwawe łzy, które jak gdyby spalają wszystko z czym mają kontakt, jak myślisz przegięłam, czy ujdzie?]

Rosie.

Unknown pisze...

[chcę mam już, a skoro znasz pomysł na postać(w sumie od technicznej strony również ją wymyślałaś) to możemy już zacząć wątkować! zaraz coś wymyślę ;)]

Rosalie.

Unknown pisze...

[tak, właśnie tak! jeśli pozwolisz to jeszcze Cię wykorzystam i zapytam czy zmienić zdjęcie i dane personalne? bo wyjdzie z tego trochę nowa postać no i teraz nie wiem i jeszcze jedno, czy jakbym nie bardzo umiała to ubrać w słowa mogę się zgłosić i liczyć na pomoc? :)

no i już wymyślam wątek!]

Rosalie.

Unknown pisze...

[jeju, kochana jesteś! dziękuję za wszystko, bardzo bardzo :>
a teraz ustalmy wątek :D razem w pokoju rzecz jasna nadal będą, zastanawiam się tylko jak długo Rosie ma być w Recifle i czy dziewczyna ma wiedzieć to wszystko o swoim ojcu czy pójść na razie w deseń domu dziecka *.*]

Rosalie.

zniknij pisze...

[Nastrojoje zawsze spoko! Boże, jak mi głupio XD
A tak przy okazji, to może powącimy,co?]

Kyle

Unknown pisze...

[jestem bardzo za :) opublikowałam, nową KP, zobacz czy jest w miarę dobrze wytłumaczone ;) a co do wątku, to teraz możemy poprowadzić, że ktoś ostro wkurzył Rosie na jakiś zajęciach i po całej szkole szukają Alici, bo tylko ona potrafi ją uspokoić i tym samym nieco zmniejszyć krwawienie, co Ty na to?]

Rosalie.

Unknown pisze...

[wybacz, że tak długo to trwało, ale musiałam się zebrać by zacząć ;)]

Dzień zapowiadał się dość dobrze. Pogoda może nie była nadzwyczajnie ładna, jednak upłynęły już dwa tygodnie od pełni zatem dziewczyna miała na kolejne dwa tygodnie spokój ze swoją spaczoną, mocą. O ile w ogóle można było ją brać za mutanta, bo przecież wglądowo zupełnie nie różniła się zwykłego człowieka. Owszem, w kryzysowych sytuacjach może swoimi łzami potrafiła zniszczyć dosłownie wszystko jednak takie sytuacje zdarzały się naprawdę rzadko. Nikt by chyba nie przypuszczał, że i tego dnia zwykła lekcja historii przemieni się w koszmar, który był wręcz nie do powstrzymania.
Zaczęło się prozaicznie. Kilka żartownisi, którzy używali nagminnie swych mocy w sposób co najmniej niebezpieczny zaczepiali Rosie, która na ogół miała miano spokojnej osoby. Zdarzało jej się zdenerwować, jednak przeważnie trzymała ręce na wodzy byleby tylko nie doprowadzić się do stanu, w którym traciła panowanie nad ciałem, a to, zaczynało się samoistnie okaleczać. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nikt nie znał prawdziwej przyczyny i związku samookaleczania z negatywnymi emocjami brunetki jednak podobno ktoś zaczął to badać.
Dziewczyna na początku ignorowała przypalane końcówki włosów czy też powiewy wiatru, które sprawiały, że na głowie miała co najmniej artystyczny nie ład. Zabawa skończyła się gdy jakiś mało odpowiedzialny chłopak wycelował w nią malutką kulą ognia, a ta w dość dotkliwy sposób poparzyła ramię dziewczyny. Bez większego zastanowienia Rosalie wstała, a stolik, który znajdował się tuż przed nią mimowolnie się przewrócił. Dopiero teraz nauczyciel zareagował, a raczej spojrzał na brunetkę jak na osobę mało inteligentną i kompletnie zdziwił się widząc co robi. Ta jedynie huknęła i z bezsilności zagryzła wargę. Nigdy nie mogła się odegrać, zawsze była bierna gdy tylko ktoś ją zaczepiał bo w sumie była tylko w połowie mutantem, tym bardziej, że jej ciało nie chciało w pełni przyjąć daru, który został mu powierzony.
- Ty jesteś chyba nienormalny! – krzyknęła i w jednej chwili zrzuciła z ławki chłopaka wszystkie jego zeszyty. Nauczyciel najwyraźniej przeczuwał co się zaraz stanie bo bez większego zastanowienia podszedł do brunetki i chcąc ją przytulić powiedział. – Rosalie, uspokój się, proszę.
- Niech mnie pan nie dotyka! Nie dość, że gada pan jakieś głupoty, to jeszcze pozwala by na pańskich lekcjach jakiś idiota mnie parzył! – wraz z wylaniem tych słów rozczarowania, gdyż jako pedagog owy nauczyciel powinien widzieć takie sytuacje i odpowiedni interweniować , coś w niej pękło. Skóra na nadgarstkach zaczęła się czerwienić by w rezultacie ulec całkowitej destrukcji, by brunatna substancja mogła zacząć wydobywać się i z coraz większą szybkością zasłaniać terakotową podłogę.

Rosalie.

Janith pisze...

Janith zaczęła węszyć. Burza? Owszem, instynkt podpowiadał jej, że pogoda wkrótce się zmieni. I co z tego? W przeciwieństwie do tego, czego spodziewali się po niej inni, nie miała nic przeciwko deszczom, przynajmniej nie została obarczona typowo kocią awersją do wody.
-Spotkanie z przeznaczeniem? -zdziwiła się -To na pewno nie dzisiaj. Jest środek nocy. I żadna z nas nie ma ochoty.
Gdyby to naprawdę było takie łatwe!
Znów sprawdziła okno, bez sensu, to w sypialni Alicii było przecież zamknięte i dobrze o tym wiedziała. Ale wyczuwała gromadzącą się wilgoć, powietrze jakby gęstniało.
-Nie boisz się burzy, prawda? -spytała, odwracając się do uczennicy, okrytej pierzyną. W tym momencie Alicia wydała jej się tak krucha i lekka, jakby mógł porwać ją pierwszy, najsłabszy powiew wiatru. Janith coraz bardziej nie miała ochoty na pozostawienie dziewczyny samej w taką noc. Podeszła do szafki, nadal otwartej, wyszukała dwie saszetki gorącej czekolady w proszku.
-Może coś ciepłego? Bo mam wrażenie, że zaraz zrobi się tu nieco chłodniej.

Unknown pisze...

[dałaś radę ;)]

Gdy tylko nauczyciel opuścił klasę, choć zdaniem większości uczniów było to co najmniej niepoprawne bo Rosalie w obecnym stanie była wręcz nieprzewidywalna i choć jeszcze jej policzki nie zostały naznaczone krwistymi smugami, każdy z uczniów siedzących obecnie w klasie wiedział, ze za chwilę to nastąpi. Słysząc dźwięk zamykanych drzwi brunetka jedynie zagryzła wargę, a na jej ustach pojawił się jakby tryumfujący uśmiech. Wiedziała, że za chwilę wparuje do klasy Alicia, zacznie ją uspokajać, a dziewczyna mimowolnie się jej podda i jako tako, efekty uboczne nieprzyjmowanej przemiany zaczną się cofać. W owej chwili Rosie totalnie nic nie obchodziło. Czuła ciepłą, wręcz smolistą ciecz, która znaczyła jej wewnętrzną część dłoni, by za chwilę naznaczyć dwa miejsca na terakotowej podłodze. Ten jeden raz dziewczyna nie chciała przestać. Owszem, odczuwała silny ból fizyczny, a cześć jej wnętrzności jakby fikołka koziołki przez co uczennica odczuwała mdłości, jednak jej druga część wręcz wyła i prosiła byleby tylko brunetka pozwoliła jej się wydostać.
Ani dziewczyny, ani żartownisia nie było w klasie. Reszta uczniów siedziała jedynie przerażona a ¾ terakotowej podłogi było wręcz oblepione kleistą krwią. Rosalie coraz bardziej kręciło się w głowie, a mdłości stały się bardziej uciążliwe. W sumie przy tego typu akcjach brunetka często zastanawiała się ile w jej ciele jest krwi skoro przy tak wielkiej utracie, ona nadal trzyma się na nogach. Jako tako, jednak nadal nad nim panuje.
Obraz, który można było zastać przed szkołą był wręcz masakryczny. Dopiero, gdy chłopak powiedział, że Rosalie ma chyba nie po kolei w głowie, powinna się leczyć i nic dziwnego, że jej rodzice ją najzwyczajniej w świecie oddali, coś w niej pękło. Wraz z upływem sekund jej gałki oczne zaczynały się zaczerwienić, niebieskie tęczówki przybrały czarnego koloru, a po krótkiej chwili dziewczyna dała upust emocjom w postaci krwawych, palących łez, od których od razu można było zobaczyć wypalone ślady na policzkach brunetki. Gdyby nie fakt, że była wściekła, zażenowana i zwyczajnie smutna pewnie pozwoliłaby by kleista ciecz spływała z oczu po prostu na ziemię wypalając kilka nic nieznaczących dziurek w brukowej kostce. Miała jednak nieco inny plan. Mimo iż palące łzy sprawiały jej niesamowity ból dziewczyna wystawiła dłoń by kilka kropel mogło spocząć na jej ręce. Syknęła gdy tylko czerwona, kleista ciecz styknęła się z jej skórą po czym bez większego zastanowienia ruchem dłoni rzuciła w swojego kolegę kilkoma kropami, które mimo miniaturowej wielkości przeszyły ciało blondyna w kilku miejscach. Można je było porównać do małych pocisków, które są zdolne nawet zabić. .
Upadła. Zemdlała. Leżała w kałuży krwi. Jej nadgarstki, z których krew sączyła się z coraz to wolniejszym strumieniem wyglądały jakby ktoś je potraktował piłą maszynową, policzki miała poparzone i popuchnięte, gałki oczne przekrwione, tęczówki czarne. Czyli wszystko w standardzie.

Rosalie.

Janith pisze...

Dziewczyna przeszła do łazienki i nalała wodę do czajnika.
-Tak, drzwi są zamknięte -przytaknęła -Chociaż pewnie nie na klucz. Obawiasz się włamania?
Nie przypominała sobie podobnego przypadku w ciągu ostatnich kilku lat. Przez chwilę po włączeniu czajnika przyglądała się urządzeniu, jakby próbowała telepatycznie wpłynąć na szybkość gotowania. Naturalnie nie potrafiła tego zrobić. Otworzyła jedną z saszetek z aromatycznym proszkiem i powąchała.
-I do usług -uśmiechnęła się -Jestem tu po to, żeby moi młodsi przyjaciele mogli czuć się bezpieczni. Nikt tu nie wejdzie, już się o to postaram.
Woda zagotowała się, Janith znalazła dwa kubki. Widzenie w ciemności naprawdę się przydawało. Nasypała proszku do środka, zalała wrzątkiem. W powietrzu uniósł się zapach czekolady.
Gdzieś daleko, za oknem, rozległ się stłumiony pomruk, echo odległych jeszcze grzmotów.